Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róża Lewanowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róża Lewanowicz. Pokaż wszystkie posty

Pomysły na prezenty, nie tylko gwiazdkowe (dwa, a może nawet cztery)

 

Szybko, bo czasu mało:



Niebezpieczna przeszłość (audiobook/e-book)

Autor: Róża Lewanowicz

Próbka:

https://www.storytel.com/pl/pl/books/niebezpieczna-przesz%C5%82o%C5%9B%C4%87-1725251



Ryzykowna chwila (audiobook/e-book)

Autor: Róża Lewanowicz

Próbka:

https://www.storytel.com/pl/pl/books/ryzykowna-chwila-1821780



Zdradliwa przyszłość (audiobook/e-book)

Autor: Róża Lewanowicz

Próbka:

https://www.storytel.com/pl/pl/books/zdradliwa-przysz%C5%82o%C5%9B%C4%87-1937283


Zakup:

https://www.empik.com/szukaj/produkt?author=lewanowicz+r%C3%B3%C5%BCa



Czerwień, kolory ziemi (tomik poezji)

Autor: Ewa Filipczuk


Zakup:

https://matfel.pl/product-pol-1463885-Czerwien-kolory-ziemi-Ewa-Filipczuk.html?query_id=1



Róża Lewanowicz, to była blogerka salon24.pl, pisząca tutaj kiedyś pod nickiem Zasznurowana. Ewa Filipczuk, to nadal aktywna poetka-blogerka publikująca w salon24.pl.


Obie swego czasu udzieliły mi wywiadów, opublikowanych również tutaj, w salon24.pl:


Ewa:

►Prozą o poezji,z Ewą Filipczuk, rozmowa


Róża:

►„Nic nie jest proste w moim życiu”.Męskie fantazje, kobiece pisanie, kilka prostych pytań

►Jak się dobrze wydać? Best of luck, Róża!


Obie dość ciemno widziały perspektywy wydawnicze, ale los rozjaśnił te ciemności: poezję Ewy doceniło Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, a sensację Róży – szwedzki wydawca audiobooków i e-booków.


Polecam!

 

 grudzień 2022



.

Jak się dobrze wydać? Best of luck, Róża! (wywiad)


1. Przyznaję: nigdy wcześniej nie spotkałam się z przypadkiem pisarza, który zalecałby swoim czytelnikom, żeby nie kupowali jego książek! Po raz pierwszy taką radę wyczytałam na autorskiej stronie Róży Lewanowicz, radę poczynioną w odniesieniu do jej debiutanckiej sensacyjnej trylogii, parę lat temu entuzjastycznie przyjętej przez czytelników.


Róża Lewanowicz: Zauważ jednak, że nie zalecałabym, by jej nie czytać. Biblioteki to fantastyczny wynalazek i gorąco zachęcam, by z nich korzystać. Napisałam tę uwagę, bo uznałam, że to logiczne, uczciwe i zgodne z literą prawa. Wydawca nie tylko nie płacił mi od dłuższego czasu tantiem, ale w dodatku sprzedawał książki po wygaśnięciu umowy, nie mając praw autorskich - na co mam niezbite dowody. Przecież to kradzież! Obecnie sprawa ma swój finał w sądzie - nie z mojej inicjatywy - ale trudno przewidzieć, czy otrzymam zaległe należności. Szczerze? Nie nastawiam się na to za bardzo, bo nie chcę się rozczarować. Poza tym wolałam całą energię skierować na inne działania pisarsko-wydawnicze, takie na przykład jak moja najnowsza powieść, tym razem z gatunku fantasy, znajdująca się już w sprzedaży: Drugie drzewo.


2. Zawodowo pracujesz w sferze, w której co miesiąc można zarobić na mniej więcej pięcioletni samochód. A jednak pomimo pierwszego bolesnego zderzenia z polskim rynkiem wydawniczym, nadal myślisz o pisaniu i publikowaniu książek?


Róża Lewanowicz: Kto tak dużo zarabia w IT, ten zarabia. Ja nie narzekam, ale jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, zanim osiągnę coś bardziej 'konkretnego'. Prawda jest taka, że obie te sprawy – praca zarobkowa i pisanie książek - są powiązane na kilku płaszczyznach. Nie wyobrażam sobie nie pisać książek, ale do tego potrzebne są środki na przeżycie. To motywuje mnie do rozwoju zawodowego na poziomie, na który bym się nigdy nie zdecydowała wyłącznie ze względów finansowych. Poza tym w pracy zawodowej piszę cały czas, więc tak czy inaczej spełniam się w jakiejś mierze, rozwijając ten talent bez większego wysiłku. Pisanie powieści - jak każde inne hobby - pozwala zachować równowagę emocjonalną, oderwać się od pracy dla kogoś, dając poczucie wolności. Przestałam sobie na razie zadawać pytanie, czy kiedykolwiek zdołam się utrzymywać tylko dzięki pisaniu, bo traciłam na to za dużo nerwów.


3. Czy cały polski rynek wydawniczy działa w taki sam sposób, jak opisany przez Ciebie Twój pierwszy wydawca?


Róża Lewanowicz: Wolałabym się nie wypowiadać 'ogólnie' na temat polskiego rynku wydawniczego, choć sprawa nie dotyczy jedynie pisarzy, ale twórców w ogóle. Z mojego, bardzo osobistego, doświadczenia wynika, że dobrze nie jest. Kiedy mój wydawca odrzucił Otwórz oczy, Marianno (ewidentnie oczekiwali ode mnie kolejnego pop-kryminału), zaczęłam wysyłać powieść do innych wydawnictw, bardzo wielu wydawnictw... Gdy ciągle dostawałam odmowy albo po prostu nie odpowiadano, postanowiłam wysyłać ją nie pod znanym już literackim pseudonimem, ale pod własnym nazwiskiem i odpowiedzi zaczęły nadchodzić dość szybko, tyle że za każdym razem pisano, że biorąc pod uwagę, jak jest ciężko na rynku i jak trudno wypromować debiutanta, proponują mi podział kosztów publikacji pół na pół(!), a gdy ujawniałam się jako Róża Lewanowicz, a więc nie debiutantka, która musi dopiero wyrabiać sobie markę, odpowiadano, że nie ma dla mnie oferty...


4. A więc – wygląda na to, że ma miejsce ewidentne żerowanie na artystach debiutujących, no ogół nie mających pojęcia o zastawionych na nich prawnych pułapkach.


Tak. Po jakimś czasie jednak odezwało się do mnie pewne wydawnictwo z propozycją współpracy. Nie miałam zamiaru w ogóle odpisywać, ale ostatecznie poprosiłam, żeby przesłali mi wzór umowy, jaką zawierają z pisarzami. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że zwyczajnie nie mam tu czego szukać. W punkcie mówiącym o wynagrodzeniu napisano, że otrzymam jednorazową wypłatę - jakieś śmieszne pieniądze - potem już mi nie będą płacić, a prawa autorskie zostaną z nimi na wieki wieków. Kiedy rozmawiałam z pewną panią adwokat, zajmującą się prawami autorskimi od ponad dwóch dekad, usłyszałam, że takie umowy nie są niczym niezwykłym i że w sumie te moje były całkiem sensowne, jak na nasze warunki. Zaś gdy pokazałam je cywiliście, złapał się za głowę. Najlepszym komentarzem do tej sytuacji była dla mnie chwila, gdy moja znajoma przedstawiła mnie pewnemu piosenkarzowi, znanej gwieździe polskiej estrady, następującymi słowami: "To jest taka miła pani pisarka i jej TEŻ nie płacą."


5. Zaczęłaś więc sama wydawać swoje książki w formie e-booków.


Róża Lewanowicz: Wydawanie własnym sumptem książek w Polsce nie jest dobrze widziane. Doprecyzowując - jest źle postrzegane przez środowisko pisarzy, recenzentów i... prawników od praw autorskich, którzy, co oczywiste, czerpią zyski z faktu, że pisarzom się nie płaci i że muszą oni dochodzić swoich praw w sądach. Kiedy ogłosiłam w mediach społecznościowych, że moja powieść „Otwórz oczy, Marianno" jest dostępna w formie e-booka i że sama zadbałam o konwersję i publikację, wylała się na mnie fala hejtu. Jedna z osób napisała mi wprost: 'Już nikt nigdy cię nie wyda w Polsce!', na co odparłam, że bardzo dobrze, bo nie mam zamiaru wiązać się więcej z jakimkolwiek oszustem. Książka ta oraz kolejna powieść są dostępne, ale, delikatnie mówiąc, nie odniosły sukcesu z oczywistych względów: nie mam środków ani narzędzi, by dotrzeć do odbiorców. Mimo to nie zmieniłam zdania o polskim rynku wydawniczym. Pisarze boją się ostracyzmu, chcą być wydawani, nawet jeśli sytuacja jest, jaka jest. Ja jestem i tak w dość komfortowej sytuacji, ponieważ w pracy zawodowej i tak zajmuję się pisaniem i, zwłaszcza ostatnio, spełniam się na tym polu całkiem nieźle.


6. Piszesz i publikujesz książki również w języku angielskim, i sama prowadzisz ich sprzedaż np. na Amazon. Czy są to wyłącznie powieści? I czy wśród czytelników masz też osoby spoza Polski?


Róża Lewanowicz: Jeśli chodzi o self-publishing na świecie, sprawa ma się zupełnie inaczej. Platform w rodzaju Amazona, gdzie można samodzielnie wydać swoją książkę, jest coraz więcej, ale póki co to Amazon ma raczej monopol na tego rodzaju działalność, natomiast ani czytelnicy, ani krytycy, ani ktokolwiek inny nie patrzy na to, czy pisarz wydał się sam, czy stoi za nim wielkie wydawnictwo. Na początku opublikowałam małe zbiory esejów, żeby wdrożyć się w platformę i zobaczyć, jaka forma promocji działa najlepiej. Problemem jest to, że książek jest mnóstwo i aby się przebić, trzeba sporo zainwestować w reklamę, która nie zawsze działa. Nie jest tak, jak się niektórym wydaje, że wystarczy wrzucić tytuł i czytelnicy go sobie znajdą.

Zdecydowałam się jednak wydać „Mariannę” w języku angielskim, głównie z tego powodu, że utrzymuję się dzięki znajomości tego języka, a uczenie się go w tradycyjny sposób po prostu jest dla mnie zbyt nudne. Nie powiem, że była to przyjemna podróż (sama wiesz, że tłumaczenie to zajęcie dla cierpliwych i wytrwałych), ale nie żałuję. Opatrznościowo złożyło się tak, że tłumaczenie tak wdrożyło mnie w pisanie, że doskonale odnalazłam się w nowej rzeczywistości zawodowej. Z tego, co obserwuję na portalu Goodreads, czytelnicy to sami Amerykanie, jednak, z powodów osobistych 'zawirowań', ostatnio nie przykładałam się specjalnie do kwestii promocji, więc sprawa nieco przygasła. Myślę jednak, że jak już się nieco pozbieram, wrócę do tematu, pewnie także do kolejnej powieści po angielsku.


7. W podsumowaniu wywiadu z Różą Lewanowicz moje smutne skojarzenie: self-publishing czy samizdat, to dosłownie biorąc - synonimy. Włodzimierz Bukowski, dawny sowiecki opozycjonista, o tamtym symbolu samotnej walki z komunistycznym systemem: Samizdat - sam piszę, sam redaguję, sam cenzuruję, sam publikuję, sam rozpowszechniam i sam siedzę za to w więzieniu. Tym bardziej więc: - Best of luck, Róża!



Róża Lewanowicz pochodzi z Dolnego Śląska, ale od lat mieszka i pracuje w Warszawie. Z wykształcenia jest polonistą i dziennikarzem, zawodowo związana z branżą IT. Oprócz pisania zajmuje się rękodziełem i fotografią.



Rozmawiała: prowincjałka


Poprzedni wywiad z Różą Lewanowicz: „Nic nie jest proste w moim życiu”. Męskie fantazje, kobiece pisanie, kilka prostych pytań.

 

 22.11.2020



.

„Nic nie jest proste w moim życiu”. Męskie fantazje, kobiece pisanie, kilka prostych pytań (wywiad)


01 . Czym męskie fantazje różnią się od fantazji kobiecych? - pytam Różę Lewanowicz, wielostronnie utalentowaną autorkę kilku książek, a blogerkę salon24.pl, kiedyś bardzo aktywną pod pseudonimem Zasznurowana.


Róża Lewanowicz: "Męskie fantazje" mogą kojarzyć się tylko z jednym... Ale po latach pracy w silnie zmaskulinizowanych środowiskach - armia, technologie wojskowe, IT - wiem, że mężczyźni w swoich fantazjach werbalizowanych na głos są mocno skupieni na własnych, indywidualnych potrzebach: dobra pensja, samochody, możliwość realizacji w ulubionych zajęciach, np. sporcie. Natomiast w fantazjach nie do końca wyrażonych świadomie chcą czuć, że to, co robią, ma znaczenie, że są ważni, silni, zapewniają opiekę słabszym.

Z kobietami jest odwrotnie. W pierwszym odruchu myślimy o innych: mężach, dzieciach, rodzicach, gdy tymczasem nieuświadomione zawsze fantazje dotyczą czegoś zgoła innego: chcemy realizować własne pasje, a jednocześnie czuć, że jesteśmy zaopiekowane.


02. A jak to wygląda w aspekcie ulubionych gatunków literackich?


Róża Lewanowicz: W skrócie - faceci nie lubią nadmiernej ckliwości i rozdrabniania się z emocjami. Jak to ujęła moja koleżanka: "Jeśli chcę, by mój mąż się odczepił, grożę, że zaczniemy rozmawiać o uczuciach". Ważniejsze jest działanie niż gadanie, zwłaszcza takie, którego się nie rozumie, bo się nie ma w sobie do tego narzędzi. Kobietom zależy na tym, by literatura wzbudzała jakieś emocje, by poruszała wewnętrzne struny, czasem do przesady, bo na co dzień zajęte są bolesną przyziemnością.


03. Dlaczego to przede wszystkim kobiety były zapalonymi czytelniczkami Twojej debiutanckiej trylogii sensacyjnej, chociaż przecież dzieje się ona głównie w środowisku wojskowym?


Róża Lewanowicz: "Porwana" podobała się także wielu mężczyznom, ale faktem jest, że poruszyła więcej kobiet. Uważam, że stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, pomimo szybko dziejącej się akcji, trylogia była bardzo emocjonalna, analizująca dogłębnie ludzkie problemy, np. w małżeństwie. Akcja stanowiła niejako tło do tego, o czym kobiety lubią czytać w romansach czy powieściach psychologicznych. Po drugie, cała opowieść stanowiła odwołanie do tych głęboko skrywanych kobiecych pragnień o byciu niezależną i zdolną do robienia "męskich" rzeczy, a jednocześnie byciu zaopiekowaną. Nastąpiło odwrócenie ról, które nie wszystkim mężczyznom mogło przypaść do gustu.


04. Co w Twojej ostatnio opublikowanej powieści typu fantasy sprawia, że tym razem zapala ona przede wszystkim zainteresowanie mężczyzn?


Róża Lewanowicz: "Drugie Drzewo" to powrót do tradycyjnego, a nawet pierwotnego, podziału ról, gdzie mężczyźni noszą spodnie (i broń), troszczą się o społeczność, bronią jej, zapewniają byt. W książce tej mniej jest analizy psychologicznej poszczególnych jednostek, a więcej jest skupienia na społecznych relacjach. Zauważyłam też, że kobiety odebrały treść bardziej dosłownie, co może nie być przyjemne, biorąc pod uwagę tematykę, zaś mężczyźni dostrzegli w niej intencjonalnie zawarty dowcip i ironię.


05. Jak byś zdefiniowała literaturę apokaliptyczną, do której zaliczasz swoje „Drugie drzewo”?


Róża Lewanowicz: Ciekawe jest to, że ja w ogóle nie zaliczałam tej książki do gatunku "postapo", dopiero jeden z kolegów tak ją określił. Potrzebowałam tła do opisania historii samotnego człowieka, opuszczonego przez rodzinę i społeczeństwo. Świat po globalnej epidemii wydawał się być idealną scenerią dla kogoś takiego, scenerią, w której ta osoba odnajduje się lepiej niż inni, skoro rodzina i społeczeństwo rozpadły się na dobre.


06. Jeden z moich znajomych na początku ogłoszenia wiosną pandemii oraz pierwszych obostrzeń z nią związanych sięgnął ponownie po „Dżumę” Camusa. Czym tłumaczyłabyś to nagłe przypomnienie sobie o tej właśnie powieści?


Róża Lewanowicz: Na początku życia w Warszawie pracowałam przez parę miesięcy w kamienicy, którą Prus opisał w "Lalce". Był to adres sklepu Wokulskiego. To sprawiło, że czytałam tę powieść z wypiekami na twarzy. Tak samo było, gdy odwiedziłam Łódź i po prostu czułam, że muszę sięgnąć po "Ziemię Obiecaną", którą omijałam przez lata szerokim łukiem. Wydaje się więc, że szukamy w powieściach emocji, jakie towarzyszą nam w danej chwili, czegoś, z czym możemy się identyfikować, żeby poradzić sobie z tymi emocjami i myślami. Pisarz szuka ich w pisaniu, czytelnik w czytaniu.


07. Czy poza swoją apokaliptyczną powieścią znasz inne, które mogłyby stać się lekturą (być może nawet rodzajem instrukcji) na taki trudny czas jak obecny?


Róża Lewanowicz: Osobiście, jako czytelnik, nie lubiłam nigdy tego gatunku literackiego i gdyby ktoś zapytał mnie, czy kiedyś po taki sięgnę jako pisarz, odparłabym, że na pewno nie. Jednak to przecież jedynie środek do osiągnięcia celu, a w tym wypadku było to przelanie na papier, czy też raczej ekran komputera, nagromadzonych myśli i uczuć.

Książek nie polecę - chociaż znajomi mówili, że seria "Metro" jest świetna - bo praktycznie nie czytam powieści, ale oglądam czasem filmy i seriale opowiadające o świecie po epidemii (mój ulubiony serial to "12 małp", gdzie problem zarazy rozwiązuje się za pomocą podróży w czasie). Nie bardzo wierzę, by któryś z nich mógł stać się pociechą bądź instruktażem na trudny czas - są po prostu zbyt przygnębiające albo brutalne. Czytamy i oglądamy te treści, ponieważ lęk przed katastrofami globalnymi mamy zapisany w genach po przodkach, którzy ich doświadczyli. Literatura i film pomagają nam nieco rozładować napięcie, ale raczej niczego nie uczą.


08. Kilka lat temu, w ramach zwiedzania mojego Pomorza, trafiłyśmy do pewnego miejsca wypoczynkowego, położonego w bardzo specyficznym otoczeniu - jak sądzę bliskim Ci z racji Twoich wcześniejszych militarnych doświadczeń zawodowych. Po pewnym czasie okazuje się, że znalazło się ono w ważnym momencie Twojej apokaliptycznej powieści! Czym sobie na to zasłużyło?


Róża Lewanowicz: Ośrodek, las wokół, a nawet okoliczne gospodarstwa miały w sobie coś z pierwotnego piękna. Pamiętam, że pomyślałam podczas tego krótkiego pobytu, że gdyby ludzkość miała się kiedyś odrodzić po jakiejś katastrofie, zwłaszcza po tej, którą sama na siebie sprowadzi, to właśnie w takiej scenerii - z jednej strony w cudzie natury, a z drugiej w trudach ludzkiej pracy. Wokół nas biegały dzieci i ich psy, było zielono i spokojnie, czyli dokładnie odwrotnie niż w wielkim, betonowym świecie. I chyba dlatego prawdziwe zawiązanie akcji nastąpiło właśnie tam.


09. I od razu pytanie kolejne, czy nadmorski domek w lesie, w którym znalazłyśmy się we wrześniu tego roku ma również taką szansę? Jego klimat, jak pewnie przyznasz, był bardzo specyficzny.


Róża Lewanowicz: O, tak! Jakiś czas temu zaczęłam pisać powieść (idzie mi bardzo powoli), w której istotnym punktem programu jest wizyta głównych bohaterów nad morzem. Początkowo chciałam ich 'umieścić' w miejscu podobnym do ośrodka wypoczynkowego, ale po odwiedzinach w tym domku wiedziałam, że to właściwsza lokalizacja.


10. Czy w podobny sposób wykorzystujesz w powieściach "doświadczenie" spotykanych osób? Kiedyś wspominałaś o posiadaniu doskonałego słuchu językowego, o zdolności wychwytywania i zapamiętywania różnych indywidualnych stylów wypowiedzi. Taka zdolność na pewno bardzo pomaga przy tworzeniu postaci literackich. Kilka tygodni temu, kiedy byłyśmy na pożegnalnej kawie przed Twoim i Kasi Wichrowskiej wyjazdem ode mnie, zauważyłam, jak zachowanie pewnej osoby, z którą wymieniłyśmy kilka zdań na temat noszenia antywirusowych masek w kawiarni, w której byłyśmy, "zarezonansowało" w Tobie, że tak to określę. Widziałam, że przez kilka sekund byłaś tą osobą. W sumie nic nie robiąc, odbiłaś w sobie jej sposób zachowania, mimikę, manierę. Czy zdajesz sobie sprawę, że to potrafisz? Że to się dzieje?


Róża Lewanowicz: Tak, jestem świadoma tej umiejętności, która pozwala tworzyć fikcyjne postacie. Jak to ktoś zauważył - rzadko spotyka się talent do tworzenia wielu wiarygodnych charakterów w jednej powieści, a ja mam podobno umiejętność tworzenia takich bohaterów także na dalszych planach. Ale! Jak każdy talent, może on być rozpatrywany jako błogosławieństwo albo przekleństwo. Błogosławieństwo z oczywistych powodów, natomiast przekleństwem jest umiejętność wczuwania się w drugiego człowieka do tego stopnia, że się go 'widzi' na wylot. To nie jest przyjemne, zwłaszcza w dużej grupie osób, gdy np. wchodzę na spotkanie i od razu wiem, kto w jakim jest nastroju. Możesz sobie tylko wyobrazić, jak bym się czuła na koncercie rockowym. Wyczerpuje mnie ta nadwrażliwość, dlatego dystansuję się społecznie nawet bez pandemii.


11. Dystansujesz się społecznie, jak piszesz, ale, o ile wiem, nie jesteś odludkiem towarzyskim.


Róża Lewanowicz: To skomplikowane. Z racji nadwrażliwości - oraz wielu negatywnych doświadczeń - mocno się dystansuję. Spotkania towarzyskie, które wymagają ode mnie interakcji, drenują moje siły fizyczne i psychiczne, a jednak, jak chyba każdy człowiek, pragnę kontaktu z drugim człowiekiem, bo on jest równie ważny co tlen i pokarm. Muszę więc mocno wyważyć, z kim i jak długo się spotykać, na jakie imprezy chodzić, a jakie są nie dla mnie... Nic nie jest proste w moim życiu.



Róza Lewanowicz pochodzi z Dolnego Śląska, ale od lat mieszka i pracuje w Warszawie. Z wykształcenia jest polonistą i dziennikarzem, zawodowo związana z branżą IT. Oprócz pisania zajmuje się rękodziełem i fotografią.


Rozmawiała: prowincjałka

 

 13.11.2020

 

 

 .

Mam jedno pytanie. Czy umiesz zabić? (wywiad)


1. Osobę, do której kieruję powyższe pytanie, jak najbardziej poważne, opisałam kiedyś w taki mniej więcej sposób:

Dysonans pomiędzy wyglądem (śliczna młoda kobieta) a zawodowymi doświadczeniami, które zebrała podczas niewielu lat dorosłego życia. Wojska, bronie, poligony, służby, misje zagraniczne – zawrót głowy. Czy Róża mogłaby mnie zaciukać? [Blogerka Zasznurowana – porwana!]


2. No właśnie: dlaczego, jak słyszę, niektórzy uważają, że Róża Lewanowicz jest mężczyzną? Albo, że pod Różanym pseudonimem kryją się dwie osoby, kobieta i mężczyzna? Myślę o tych, którzy Różę znają jedynie jako autorkę powieści z gatunku sensacja, kryminał, thriller.


3. A w ogóle: Różo, dlaczego ukrywasz swoją rzeczywistą tożsamość pod pseudonimami? Bardzo osobisty blog Zasznurowanej prowadzony tutaj, na portalu salon24.pl pod pseudonimem, to w sumie zrozumiałe. Ale dlaczego nie publikujesz powieści pod prawdziwym nazwiskiem?


4. Jeśli dlatego używasz pseudonimu, że powieści Róży Lewanowicz przesiąknięte są wątkami autobiograficznymi, to mam kolejne pytanie: jak rozumieć ten fragment Przebudzonej, drugiej powieści z cyklu:

- Tam każdy na kogoś coś ma, ten cały Jaskóła też. Ja nie wiem, kogo trzyma za jaja, ale ten ktoś ścisnął jądra samemu zastępcy... Rozumie to pan?
- Teraz rozumiem – Brenner mruknął i z trudem powstrzymał odruch pogładzenia się po łysinie. - Nie wiem tylko, kto pana trzyma za... i umilkł na widok miny Rosiaka, który o mało nie zabił go wzrokiem.
Premier roześmiał się znowu. - A mnie, drogi panie inspektorze, czy nawet nadinspektorze... za jaja trzyma pani Dąbek. (Przebudzona, s. 101)

Nie mam wątpliwości, że Justyna Dąbek to alter ego Róży Lewanowicz. A więc: Różo, którego premiera trzymałaś w takim uścisku?


5. Mnożą się pytania, jak widać. Nie wszyscy czytelnicy Porwanej, czyli pierwszej, debiutanckiej powieści Róży Lewanowicz mieli pewność co do sprawcy pewnego zabójstwa. Nie wiedzieli, czy była nim Justyna, czy inna osoba. Niepewność zostaje rozwiana dopiero w powieści drugiej. Nieskromnie powiem, że dobrze wytypowałam zabójcę już podczas lektury powieści pierwszej.
Ale: skoro w postaci Justyny, chociażby jedynie teoretycznie rozważanej jako potencjalny zabójca, jest coś z autorki, to zanim przejdę do lektury najnowszej, trzeciej powieści z tego cyklu, zatytułowanej Wyzwolona, powtórzę swoje tytułowe pytanie: Różo, czy umiesz zabić?


---


Prowincjałka:

Czekam na Różę, która obiecała odpowiedzieć tutaj na moje pytania. Za chwilę powinna się zjawić. Zaznaczam, że wcześniej nie znała ani pytań zarysowanych w notce, ani tych, które mogą pojawić się w trakcie naszej rozmowy. Jedyne pytanie, którego charakter zna, zachowam na sam koniec rozmowy. A więc pytanie pierwsze: Czy umiesz zabić?


Róża Lewanowicz:

Pytanie 1 "tytułowe". W pierwszym odruchu miałam odpowiedzieć: NIE WIEM. Jednak prawda jest taka, że przez pewien okres mojego życia byłam uczona, jak zabić człowieka - zarówno bronią palną (bardzo różną), jak i gołymi rękami. Mało tego, uczono mnie łamania w sobie naturalnej bariery, jaką ma w sobie każdy normalny człowiek, przed zrobieniem krzywdy drugiemu. Myślę więc, że - w odpowiednich okolicznościach - byłoby to możliwe. I, szczerze powiedziawszy, uważam, że to dobrze, bo muszą być na świecie ludzie, którzy będą potrafili obronić siebie, inne osoby, czy własną ojczyznę. Płeć, wiek, wygląd - nie mają tu tak dużego znaczenia. Czy mogłabym "zaciukać" Ciebie, Alicjo? Musiałabyś się zamienić w krwiożerczego wroga ojczyzny, zagrażającego życiu i wolności innych ludzi. Możesz więc spać spokojnie.

Pytanie 2. Jestem kobietą z krwi i kości, która swoje powieści pisze całkowicie sama.
Od przeciętnej kobiety odróżniają mnie dwie rzeczy: nie lubię gadać godzinami przez telefon (w ogóle nie bardzo lubię rozmów telefonicznych) i nie zajmuję łazienki/toalety przez skandalicznie długi czas. Sensacyjny wydźwięk moich powieści wynika z tego, że akurat w chwili ich pisania byłam "przełączona" na kanał kryminalny. Nie zamierzam ograniczać się do tego gatunku i zawsze piszę to, co mi w danej chwili gra w sercu. Np. obecnie rozpowszechniłam wśród znajomych - do oceny - powieść z gatunku post-apokaliptycznego fantasy i, póki co, wszyscy są zachwyceni. Potem pewnie przyjdzie czas na horror. Mam jedynie wątpliwości odnośnie romansu... Hm, myślę, że w tym gatunku raczej nie rozwinę skrzydeł.

Pytanie 3. Kiedy decydowałam się na publikowanie pod pseudonimem, uważałam, że będę się czuła swobodniej, poruszając pewne wątki, np. osobiste, które zostały wplecione w fabułę. Jednak po tych kilku latach uważam, że chodzi o coś więcej. W moim życiu bardzo wiele się zmieniło, ja sama uległam przemianom, głównie wewnętrznym. Przybranie nowego imienia w wielu środowiskach jest symbolem wejścia w nowy etap, stawania się kimś nowym, robienia nowych rzeczy. Skoro już o tożsamości mowa, na marginesie dodam, że firma, w której obecnie pracuję, używa moich dwóch imion z dowodu osobistego. Czuję się dzięki temu, jakbym była w końcu "dopełniona".

Pytanie 4. Nigdy nie trzymałam (i nie mam takiego zamiaru) nikogo za żadną delikatną część ciała.
Aczkolwiek... Dawno temu zdarzyło mi się widzieć człowieka na bardzo wysokim stanowisku, który w mojej obecności - w wyniku wielkiego stresu - trzymał się za swoją męskość. Ten widok zrobił na mnie na tyle duże wrażenie, że znalazł odzwierciedlenie w zacytowanym fragmencie.

Pytanie 5. Myślę, że odpowiedź jest pod pytaniem nr 1. Muszę jednak nadmienić, że tworząc postać Justyny sama stawiałam sobie właśnie to pytanie. Czy mogłabym? W jakich okolicznościach?
Jeśli jednak znów powrócę do tej sceny i do tego, co czułam, kiedy ją opisywałam, okazuje się, że jest w niej drugie dno. Nie chodzi wcale o zabójstwo, ale o decyzję. Parę razy w życiu byłam w trudnej, patowej zdawałoby się, sytuacji. Pozostanie w niej byłoby straszne w skutkach. I wtedy trzeba było podjąć decyzję, która w danej chwili jawiła się jako coś ostatecznego, okropnego, ale przede wszystkim... krzywdzącego mojego krzywdziciela. Scena zabójstwa oznacza całkowite wyjście z takiej sytuacji i odejście z chorej relacji.


Prowincjałka:

Zabijasz. Postaci w swoich powieściach. Taka jest zresztą natura kryminału. Krew się leje.

Odnośnie Twojego debiutu w tym właśnie gatunku. Znam opinie wielu osób, miłośników literatury sensacyjnej, którzy od chwili lektury Twojej pierwszej powieści („Porwana”) wymieniają Różę Lewanowicz na jednym poziomie z najbardziej znanymi i uznanymi autorami gatunku - polskimi i zagranicznymi.

Napisałaś: „Sensacyjny wydźwięk moich powieści wynika z tego, że akurat w chwili ich pisania byłam "przełączona" na kanał kryminalny”. Skąd wzięło się takie „przełączenie”? Z aktualnych lektur? Właśnie: jakie książki na ogół czytasz?


Róża Lewanowicz:

Z moimi gustami zawsze było tak, że rzucałam się na konkretny gatunek i czytałam tyle książek, ile byłam w stanie znieść. Co zabawne, podobnie wygląda moja dieta - jem konkretne rzeczy, dopóki mi się nie przejedzą.

Jeśli chodzi o powieści, w chwili ukończenia Porwanej, przestałam je czytać. Całkowicie! Nie jestem w stanie przebrnąć przez żadną, bo mam poczucie, jakbym czytała czyjś pamiętnik. Pisarze, nie zawsze świadomie, niesamowicie się odsłaniają, zdradzając swoje emocje i pragnienia.
Od kilku lat więc czytam książki popularno-naukowe. Mam za sobą etap neurobiologii i neuropsychologii. Obecnie jestem zachwycona wszystkim, co jest związane z Kosmosem i fizyką kwantową. Prawda jest taka, że właśnie te "fazy" fascynacji różnymi dziedzinami inspirują mnie do pisania powieści, na równi z doświadczeniami zawodowymi.


Prowincjałka:

Piszesz: "Jeśli chodzi o powieści, w chwili ukończenia Porwanej, przestałam je czytać. Całkowicie! Nie jestem w stanie przebrnąć przez żadną, bo mam poczucie, jakbym czytała czyjś pamiętnik. Pisarze, nie zawsze świadomie, niesamowicie się odsłaniają, zdradzając swoje emocje i pragnienia.” A więc: to dotyczy również Ciebie, jako autorki. Czy masz świadomość, które elementy Twoich powieści stanową taki "pamiętnik"?


Róża Lewanowicz:

Ależ oczywiście! Mało tego, pozwalam bohaterom moich powieści robić i mówić, co chcą, bo w tej sposób skrępowana podświadomość otwiera się i pozwala mi zajrzeć w głąb samej siebie. W trakcie pisania nie wiem do końca, co jest ze mnie, a co jest tylko fantazją. To odkrywam później, niczym terapeuta poznający swojego pacjenta.


Prowincjałka:

Pozwalasz bohaterom swoich powieści - ja mówisz - robić i mówić, co chcą. Może stąd właśnie bierze się lekkość dialogów w Twoich powieściach, gdyż głównie na dialogach są oparte. Na dialogach bardzo wartkich. Pewnie masz również tego świadomość, że są to (piszę o dwóch pierwszych powieściach, gdyż "Wyzwolonej" jeszcze nie czytałam) - gotowe (naprawdę gotowe!) scenariusze filmowe. Czy myślisz o zainteresowaniu nimi jakichś producentów filmowych?


Róża Lewanowicz:

Prawda jest taka, że Porwana nie miała być powieścią, ale właśnie scenariuszem i jako taki zaczęłam ją pisać. W miarę jednak prac nad treścią "rozbudowały" mi się nieco za bardzo didaskalia i, zanim się obejrzałam, miałam przed sobą materiał do druku.

Bardzo chciałabym, żeby moje książki zostały sfilmowane. Uważam, że cała ta trylogia byłaby świetnym trzy-sezonowym serialem i jestem ciekawa, jak ewentualny reżyser zinterpretowałby jej treść. Te historie nie są pełne, stanowią jedynie szkielet, który dopiero można by wypełnić obrazami czy dźwiękiem.


Prowincjałka:

W sumie, część druga trylogii ma nieco wolniejsze tempo. Czy to znaczy, że pisałaś ją już jako jedynie powieść?

Przy okazji. Opinie znanym mi czytelników Twoich powieści o "Przebudzonej" były nieco mniej jednolite niż o jej poprzedniczce. Krytyczne uwagi - do których się przyłączam - dotyczyły zbyt dużego nagromadzenia postaci w początkowej części. Nawiązywałaś do postaci z części pierwszej, nieznanych nowemu czytelnikowi. Dodatkowo posługiwałaś się w odniesieniu do nich zarówno imionami, jak też nazwiskami oraz ksywkami.

Większości osób, z którymi rozmawiałam, to zupełnie nie przeszkadzało. Jednak pewna liczba czytelników gubiła się. Ja również czasem traciłam rozeznanie, o kogo chodzi. Co nie przeszkadzało mi czytać dalej, ponieważ niósł mnie sam wartki styl snutych przez Ciebie opowieści. Masz niesamowity talent do opowiadania!

W związku z powyższymi zastrzeżeniami, miałabym pewien pomysł - uzupełnienie "Przebudzonej" o indeks osób (imię, nazwisko, ksywka plus krótka informacja "who is who"). W filmie pewnie nie byłoby takiego problemu: widzielibyśmy po prostu twarze.


Róża Lewanowicz:

Drugą część pisałam, zanim jeszcze było wiadomo, że pierwsza ukaże się drukiem, ale już byłam pewna, że powinna to być "zwykła" powieść.

Co do pomysłu z indeksem osób w Przebudzonej, uważam, że jest BARDZO dobry. Wielu Czytelników zwracało uwagę, że odnośnik do pierwszej części byłby wskazany. Pojawiła się nawet prośba o słownik dla niektórych "branżowych" wyrażeń czy nazw sprzętu. Jeśli Wydawca będzie robił dodruk, poproszę, by umieścił w książce takie ułatwienia.


Prowincjałka:

Ciekawe, że przed premierą części trzeciej - "Wyzwolona" - wydawca zdecydował się na wznowienie właśnie "Przebudzonej", a nie nieskazitelnej "Porwanej".

Przy okazji: tytuły trylogii układają się w bardzo jednolicie brzmiący ciąg: Porwana - Przebudzona - Wyzwolona.

Czy Twoje powieści nie są "kryminałami kobiecymi"? Czy masz rozeznanie, jacy czytelnicy przeważają: panie czy panowie?


Róża Lewanowicz:

Poprawka - wznowiono/dodrukowano Porwaną, czyli pierwszą część. Stanowi to niestety problem, bo na półkach, obok siebie, stoją pierwsza z trzecią częścią i w dodatku nie są ponumerowane. Czytelnicy zgłaszają problemy z rozróżnieniem, która jest która. Dodatkową trudność stanowi fakt, że Przebudzonej też już brakuje na rynku i jest ją coraz trudnej kupić. Idealną sytuacją byłoby wypuszczenie "trzy-booka", zwłaszcza przed zbliżającymi się Świętami. Niestety, wydawnictwo nie wysiliło się na taki zabieg marketingowy.

Jeśli chodzi o tytuły, jedynie ostatni nieco przypadł mi do gustu. Szczerze powiedziawszy, nie miałam żadnego wpływu ani na tytuły, ani na projekt okładki.

Gdyby kwestię płci Czytelników rozpatrywać, biorąc pod uwagę odzew, to są wśród nich głównie kobiety. Dostaję wiele pozytywnych sygnałów dotyczących głównej bohaterki, która właśnie paniom bardzo się spodobała.


Prowincjałka:

"Poprawka - wznowiono/dodrukowano Porwaną, czyli pierwszą część." - Przepraszam za błąd. Zaraz poprawię w notce.

"Gdyby kwestię płci Czytelników rozpatrywać, biorąc pod uwagę odzew, to są wśród nich głównie kobiety. Dostaję wiele pozytywnych sygnałów dotyczących głównej bohaterki, która właśnie paniom bardzo się spodobała." - Właśnie. Napisałaś wcześniej, że nie widzisz siebie w roli autorki romansów. A jednak Twoja trylogia jest rodzajem "romansu małżeńskiego na kryminalnym tle", ewentualnie "kryminału z elementami ewoluującego małżeńskiego romansu".

Wspomniałaś o swoich pierwszych trzech książkach (tych opublikowanych) jako o zamkniętym "trzy-booku", "trylogii" albo jako o materiale na "trzy-sezonowy serial". Czy to oznacza, że czytelnicy powinni już zacząć żegnać się z Justyną?...


Róża Lewanowicz:

"Małżeński romans" - bardzo mi się podoba :) To chyba jedyny rodzaj romansidła, jaki jestem w stanie popełnić.

Dalszych części przygód Justyny nie będzie. Jednakże niektóre z postaci pojawią się w powieściach, które są zaplanowane (a nawet już zaczęte). O samej Justynie będą jedynie wzmianki.


Prowincjałka:

„Dalszych części przygód Justyny nie będzie. Jednakże niektóre z postaci pojawią się w powieściach, które są zaplanowane (a nawet już zaczęte). O samej Justynie będą jedynie wzmianki.” - Szkoda, ale - c'est la vie.

Czy w swoich nowych powieściach wykorzystasz doświadczenia z całkiem nowego środowiska pracy? Nie jest to już wojsko, ale jednak nadal dość specyficzna – armia. Może w horrorze?

I jeszcze, zanim zadam ostatnie pytanie (które znasz, i do którego pewnie się zbliżamy): czy jest jakieś pytanie, którego się spodziewałaś z mojej strony, a które nie padło?


Róża Lewanowicz:

Oczywiście, że wykorzystam swoje nowe doświadczenia. Są po prostu unikatowe i szkoda by było je zmarnować.

Muszę przyznać, że raczej padły pytania, których się nie spodziewałam, zwłaszcza pytanie "tytułowe". Bardzo się z tego cieszę.


Prowincjałka:

W takim razie pytanie ostatnie, które nurtuje mnie od dawna, na równi z "tytułowym". Chodzi o postać Prezesa Fornalskiego:

„Brzeziński obserwował całe zbiegowisko z wysokości swojego gabinetu, czekając cierpliwie, aż pod jego drzwiami zjawi się delegacja gości. Prezes Fornalski nie spieszył się zbytnio, pokonanie długich korytarzy było zbyt wielkim wyzwaniem dla jego krótkich nóg, bo premier czekał dłużej niż mógł przypuszczać. W końcu drzwi otworzyły się i do środka wszedł sam zaproszony wraz ze swym przybocznym. Nie podali sobie rąk. Fornalski kwestie zdrajców i szpiegów traktował zawsze bardzo poważnie, tak bardzo, że bał się skalać swoją osobę ich trującym wpływem.” (Przebudzona, s. 271)

Czy postać Fornalskiego (w powieści jest to prezes opozycyjnej partii i były premier) wzorowałaś na rzeczywistej osobie? Czy to jest on? Czy też wzmianka o jakimkolwiek prezesie musi się kojarzyć z jednym?


Róża Lewanowicz:

No właśnie - czy Prezes jest tylko jeden? Czy może w teatrze zdarzeń wokół nas jest miejsce jeszcze dla innych prezesów? Prezes z moich książek jest jedyny w swoim rodzaju i jest wyposażony w indywidualny zestaw cech: swoich własnych, powieściowych. Nigdy nie poznałam żadnego prezesa partii (stety-nie-stety), a czy ten konkretny jest podobny do któregokolwiek z realnych polityków? Czytelnicy mają szansę ocenić to po przeczytaniu trzeciego tomu: "Wyzwolona". Poświęciłam tam Fornalskiemu nieco więcej miejsca.


Prowincjałka:

Dziękuję. Za rozmowę. I za książki. Już wiem: umiesz zabić, ale nie zabijasz; umiesz pisać, i piszesz! Powodzenia na tej drugiej niwie!


Róża Lewanowicz:

A ja dziękuję za pomysł na wywiad "na żywo", Twoje zaangażowanie i wsparcie. Pozdrawiam Czytelników obecnych i przyszłych! Miłego nadchodzącego tygodnia.


04.12.2016



.

Blogerka Zasznurowana - porwana!


Kiedy zwierzyłam się znajomej, że zawieram znajomości przez internet, ta wykrzyknęła przerażona: - Uważaj, żeby cię nie zaciukali! - Jej ostrzeżenia nie brałam na poważnie, dopóki nie poznałam prywatnie Zasznurowanej. Poznało ją również paru moich znajomych, kiedy zeszłego lata przez kilka dni bawiła u mnie nad morzem. Byli zafascynowani dysonansem pomiędzy jej wyglądem (śliczna młoda kobieta) a zawodowymi doświadczeniami, które zebrała podczas niewielu lat dorosłego życia. Wojska, bronie, poligony, służby, misje zagraniczne – zawrót głowy.

Czy Zasznurowana mogłaby mnie zaciukać? Nie sądzę, jestem niemal pewna, że nie. Ale są jeszcze ci, którzy mogą ją ścigać z racji jej zawodowych kontaktów oraz wiedzy podczas nich nabytej. Nie wykluczone, że jakichś śladów mogą szukać również w moim domu. Zakładam, że mogą zechcieć przepytać mnie (na ile delikatnie?) na okoliczność moich kontaktów z taką osobą. Zbyt długo żyję, żeby nie zdawać sobie sprawy, że taki scenariusz jest możliwy.

A jednak znajomą zatroskaną o moje ewentualne zaciukanie przez znajomych z internetu postanowiłam obdarować debiutancką sensacyjną powieścią napisaną przez koleżankę blogerkę. Do książki dodatkowo dołączę wywiad z autorką. Niech się boi! Moi znajomi, którzy Zasznurowaną poznali osobiście, nie mają takich obaw, natomiast z niecierpliwością czekają na własne egzemplarze jej powieści, które niebawem ode mnie otrzymają. Przeczytałam bowiem „Porwaną” i uważam, że będzie dobrym prezentem.

*

Czy tytuł powyższej notki jest nadużyciem? Nie sądzę, ponieważ nie wiem, ile z „Zasznurowanej” znalazło się w „Porwanej”. Zakładam, że historię Justyny mogła oprzeć na swoich doświadczeniach z wojskami, z korporacjami, ze służbami, z mafiami. Być może podobna historia i jej się przytrafiła. Ale nie śmiem o to pytać.

.




















02.03.2014
 

.