Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

Czy występujesz tutaj pod własnym nazwiskiem i dlaczego - nie? Rozmowa o Cyfrowej Niepodległości

 

01. A więc, dlaczego - nie pod własnym nazwiskiem?

„katarzyna wichrowska”: Ujawnianie tożsamości czy informacji o sobie w sieci ma swoją cenę, więc staram się, jak to się mówi - "chronić prywatność". Pod nazwiskiem własnym występuję w sieci jedynie wtedy, gdy jest to jakoś uzasadnione zawodowo, środowiskowo czy potrzebą wsparcia akcji. Salon24 odwiedzałam przy porannej kawce w latach 2007-2017 - rekreacyjnie, a więc pod nickiem (jak wyżej), o czym potencjalny czytacz był lojalnie informowany na moim blogu.


02. Jakich informacji o sobie - nawet anonimowo - na pewno nie podasz na potrzeby tego wywiadu?

„katarzyna wichrowska”: Zasadniczo tylko takich, które mogłyby doprowadzić do łatwej identyfikacji przez powiązania z informacjami już dostępnymi w sieci - np. nazw firm, uczelni, projektów, adresów, nazwisk. Stałam się ostrożniejsza, odkąd dowiedziałam się (to był jakiś eksperyment czy badania), że podczas towarzyskiego spotkania w miejscu publicznym ot tak, bez kontroli, mówimy zazwyczaj tyle, że podczas 30-60 minut przysłuchująca się postronna osoba, mająca zapewniony dostęp do internetu, jest w stanie zidentyfikować stan rodzinny, zdrowotny, finansowy, miejsce pracy i stosunki w pracy oraz miejsce zamieszkania. Większości to nic a nic nie obchodzi, ale jak się trafi na wariata, "życzliwą" konkurencję, czy gangstera ... lepiej unikać problemów, jeśli można.


03. W takim razie, w jaki sposób mogłabyś przybliżyć swoją sylwetkę na wstępie rozmowy, która będzie dotyczyć spraw bliskich Twoim zawodowym zainteresowaniom?

„katarzyna wichrowska”: Może tylko parę haseł, czym się zajmuję: system informacyjny (nie "informatyczny", bo ten jest kwestią wtórną) państwa jako organizacji + opis normatywny; system informacyjny nauki, edukacji, otoczenia + opis normatywny; dostosowanie społeczne i instytucjonalne do środowiska informacyjno-komunikacyjnego wytworzonego dzięki ICT.


04. Kiedy 10 lat temu na jednym z blogów zaproponowałam przejście na Ty, odpowiedziałaś z uśmiechem: „You're welcome, jak to mówicie Wy – angliści. Dobrze kojarzę? Wiesz - internet pełen jest iberystów i germanistów udających anglistów (i vice versa) ... Trzeba być ostrożnym” - No właśnie! Potem miałyśmy niejedną okazję w realu zweryfikować naszą prawdziwość. Ale czy jest w salon24.pl ktoś, kto na potrzeby tego wywiadu mógłby bardziej wiarygodnie niż ja poświadczyć, że nie jesteś na przykład trenerką tenisa stołowego, udającą specjalistkę od systemów informacyjnych państwa?

„katarzyna wichrowska”: Ktoś, kto wiąże świat realny z wirtualnym? Na pewno znana z nazwiska Ewa Filipczuk, z którą wspólnie spędziłyśmy wiele miłych chwil. Również jeszcze jedna osoba, znana z nicku „Zasznurowana” oraz z literackiego pseudo „Róża Lewanowicz”. Na dziś chyba tylko tyle osób z Salon24 wie, kim „Katarzyna Wichrowska” jest w realu.


05. Kiedyś powiedziałaś, że jesteś za tym, żeby pozwolić ludziom jak najwięcej wypowiadać się w internecie, i nie usuwać tych wypowiedzi. Wiem, że swoich nie usuwasz, nawet tych, które ukazują Twoje ewentualne pomyłki. Czy dobrze zrozumiałam sens tego, co wtedy mówiłaś?

„katarzyna wichrowska”: Środowisko informacyjne mediów społecznościowych (wypowiadanie / wypisywanie informacji, ich utrwalanie, udostępnianie, reakcje na nie) jest tak odmienne od środowiska face to face i mediów tradycyjnych (daje bowiem możliwość natychmiastowego sprawdzenia informacji, porównania źródeł, itp.), że według moich obserwacji nawet wypowiadanie się pod nazwiskiem najczęściej nie filtruje treści ani sposobu ekspresji. Jestem jak najbardziej za tym, żeby pozwolić mówić/pisać, znajdować się, nawet tworzyć osobne „bańki”. Po pewnym czasie wiadomo jest, z kim budować, kogo omijać, co kogo porusza, co dla kogo jest ważne, i jak ktoś traktuje innych. Jestem wręcz za tym, żeby stworzyć wspólną przestrzeń wirtualną, utrzymywaną z podatków, tak jak tworzy się wspólne terytoria realne, w której moglibyśmy się społecznościowo spotykać.

No i oczywiście niczego nie usuwać, a zwłaszcza czegoś, co uważamy za błąd - wypowiedzi można przecież zawsze z zażenowaniem zamilczeć, albo pozwolić omawiać, komentować i naprostowywać czy sporządzać „protokół rozbieżności”. Ma to większą wartość dla społeczności (jeśli ma być jakąś społecznością) niż pilnowanie prawilnej linii i traktowanie odstępstw jako czegoś, co należy usunąć, tak żeby ślad nie został. Było – było: no to niech będzie utrwalone, zapamiętane, dzięki temu będzie można zrozumieć przeszłość i wyciągać trafniejsze wnioski na przyszłość.


06. Na przyszłość. A więc nie widzisz odwrotu od wszechogarniającej „cywilizacji sieci”, wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami, w tym - zagrożeniami? Jakie byłyby to zagrożenia i jak my, zwykli ludzie, możemy zabezpieczyć się przed niemal wszechpotęgą tego nowego - wirtualnego - świata?

„katarzyna wichrowska”: Co do zagrożeń w korzystaniu z Internetu - jest ich ogrom. Liczne są zagrożenia związane z nieuprawnionym wykorzystywaniem informacji (np. kradzież tożsamości), są też zagrożenia związane z życiem społecznym (hejt, nękanie), czy ze zdrowiem (uzależnienie od komunikatorów), itp. Jesteśmy kolonizatorami nowych przestrzeni, na których występują zjawiska nie mające precedensu, narzędzia używane w świecie analogowym do przywracania "porządku i sprawiedliwości", w cyberprzestrzeni przydatne są raczej w niewielkim stopniu, a najczęściej w ogóle bezużyteczne.

Dodam jeszcze, że Internet jest po prostu zaprojektowany w sposób wykluczający łatwą ochronę przed wykorzystywaniem wprowadzanych danych i prywatności - i właśnie dzięki swojej otwartości i dostępności zyskał tak dużą popularność, że o innych podobnych sieciach, kiedyś też przecież używanych (tak ze 30 lat temu), w ogóle się już nie wspomina.

Jeżeli chodzi o zabezpieczenia, to myślę, że jest wysoce prawdopodobne, że za jakiś czas pojawią się inaczej zaprojektowane sieci, dzięki którym przynajmniej część zagrożeń zostanie wyeliminowana. Teraz możemy co najwyżej zachowywać powściągliwość w korzystaniu z Internetu.


07. W imię jakiej cyfrowej przyszłości mamy jako ludzkość (chwilowo?) powściągać się w beztroskim/bezmyślnym korzystaniu z tej technologii, czekając na powstanie lepszych, bardziej bezpiecznych, bardziej ludzkich rozwiązań? Po co nam ten pełen zasadzek wirtualny świat? Jakiemu dobru może służyć rozwijanie cyfrowej technologii?

„katarzyna wichrowska”: Mogę odpowiedzieć z własnej osobistej perspektywy - jakie mam oczekiwania wobec "cyfrowej przyszłości", w której lepiej i bezpieczniej bym się czuła. Otóż jako obywatel wirtualnej przestrzeni chcę mieć na własność kawałek serwera, a także wszystko, co umieszczę na tym serwerze. Chcę posiadać nieodbieralną, otwartą możliwość korzystania z software'u, którego używam/będę używać do obsługi tego, co tam umieściłam. Chcę mieć zagwarantowaną sprzętowo i aplikacyjnie wieczystą archiwizację, w tym ochronę moich wprowadzonych danych, a także pełną decyzyjność co, komu, na jakich warunkach i w jaki sposób udostępniam, i co ten ktoś może z tym zrobić. Czyli: chcę mieć zapewnioną cyfrową suwerenność w maksymalnym możliwym zakresie. Nie tak, jak obecnie: teraz jestem gościem na czyichś serwerach, które za chwilę ten ktoś może wyłączyć; korzystam z oprogramowania, które może zniknąć; daję swoje dane, które mogą być wykorzystywane w najróżniejszy sposób, a ja nie mam na to wpływu. Jest to wysoce niekomfortowa sytuacja.

Rzeczywiście, ten obecny wirtualny świat jest pełen zasadzek, ale za to jest bogaty, dynamiczny i fascynujący :) Dużo dobrych rzeczy wydarzyło się i wydarza, można je wymieniać i wymieniać. Cyfryzacja przede wszystkim: potania, ułatwia, zwiększa możliwości. Pierwszy z brzegu przykład, z mojego podwórka: nakazanie składania wyłącznie e-wniosków o świadczenia 500+ daje państwu oszczędności wstępnie szacowane na 46 milionów zł rocznie + inne bonusy, typu uwolnienia ludzi od nieproduktywnej pracy. No to przecież jest rewelacja!

Technologia sama w sobie jest neutralna - to, w jakim celu i w jaki sposób będzie używana zależy od decyzji ludzi, którzy będą z niej korzystać. Nie jestem w stanie krótko odpowiedzieć na pytanie, jakiemu dobru może służyć rozwijanie tej technologii - może służyć bardzo wielu dobrym sprawom, o ile nie przeszkodzą temu ludzie o złych zamiarach.


08. Zawężę więc pytanie do dziedziny, która jest Ci zawodowo najbliższa i spytam o korzyści, jakie nowa wirtualna technologia może mieć dla tego, co nazywasz systemami informacyjnymi państwa.

„katarzyna wichrowska”: Nowa technologia jest szansą na uczynienie wygodniejszym korzystanie z infrastruktury organizacyjnej państwa, w której każdy obywatel funkcjonuje na co dzień. Aby rzeczywiście zmaksymalizować korzyści ze wspomnianej technologii, należałoby docelowo widzieć nie wielość systemów, lecz: jeden system informacyjny państwa jako organizacji. Na razie jednak mamy zbiór różnych systemów, do tego niekompatybilnych ze sobą. Podstawowymi korzyściami z ujednolicenia systemu byłyby: 1. redukcja kosztów materiałowych i osoboroboczogodzinowych związanych z obsługą nośnika jakim jest papier (przykłady: już osiągane korzyści z rozwiązań typu e-recepta, e-skierowania, inne e-dokumenty); 2. w zasadzie nieograniczona jednoczesna dostępność do ogromu danych oraz informacji dla każdego (na przykład do materiałów publikowanych na stat.gov.pl); 3. zautomatyzowana lub częściowo zautomatyzowana kontrola spójności danych, a także ogólna możliwość kontroli danych (swego czasu sporo było przypadków wyłudzania z NFZ przez lekarzy nienależnego wynagrodzenia za wizyty lekarskie, których nie było, a co wyszło na jaw jedynie dzięki możliwości wglądu przez pacjenta do swojego internetowego konta); 4. personalizacja (na przykład możliwość ustawienia funkcji typu „moje kolekcje”, „mój profil” w różnych systemach, umożliwiające koncentrowanie się tylko na sprawach uznanych za istotne); 5. teoretycznie nieograniczona możliwość wykorzystywania udostępnionych danych oraz informacji, a także tworzenia na tej bazie nowych, odpowiadających potrzebom narzędzi (na przykład budowa zintegrowanej platformy wsparcia procesów kontrolnych w NIK-u).


09. Zbliża się Narodowe Święto Niepodległości – 11 Listopada. Czy możemy w kontekście tego święta mówić o jego nowym wymiarze - o niepodległości cyfrowej naszego kraju? Jeśli tak, to jak oceniasz jej stan na dziś?

„katarzyna wichrowska”: O niepodległości cyfrowej trzeba mówić, a wręcz krzyczeć :) Żadnej niepodległości cyfrowej w większej skali obecnie oczywiście nie mamy, ani jako ludzie, ani obywatele, ani państwo. W sumie chyba w ogóle (?) nie mamy. No bo żeby być niepodległym, trzeba być niezależnym. A jesteśmy zależni (jako indywidua i jako państwo) od sprzętu, od systemów operacyjnych, od oprogramowania użytkowego.

Na dziś nie mamy własnych fabryk sprzętu pozwalającego na wytworzenie publicznej przestrzeni wirtualnej, ani systemu kontroli wychwytującego backdoory i inne sprzętowe krety oferowane przez dostawców komercyjnych (tu ilustracją może być niedawna afera z dopuszczaniem pewnej firmy jako dostawcy sprzętu sieciowego w Europie). Nie mamy też opracowanych systemów operacyjnych o pełnej przejrzystości (kto wie, co jest w środku Windows 10 i innych takich). Mamy różne autorskie programy (zasadniczo nie za wiele), ale i tak działają one na sprzęcie i w systemach operacyjnych wyżej wymienionych. Zresztą gdzie nie spojrzeć w urzędach widać tylko kosztowny word i excel, a nie dobry, darmowy, otwartoźródłowy libre office.

Bez stworzenia warunków "niepodległości cyfrowej" narażamy siebie i państwo na ryzyko podbicia przez dowolne grupy: ktoś zrobi zdalny myk przez backdoor w sprzęcie, systemie i programach, i już mamy paraliż, chaos i ustanie procesów informacyjnych warunkujących działanie społeczne. Dawno dawno temu pojawił się pomysł stworzenia niezależnej od Internetu - Sieci Teleinformatycznej Administracji Publicznej. Może warto wrócić do takiego myślenia, z jeszcze bardziej restrykcyjnym podejściem?

Żeby jasno się wyrazić: w tej rozmowie mówię o rozwiązaniach przeznaczonych wyłącznie dla publicznej przestrzeni wirtualnej, w której będą dziać się procesy zarządzania państwem, i która będzie użytkowana przez obywateli w zdefiniowany prawem sposób. Nie chodzi mi o jakąś ogólną konkurencję do obecnej internetowej przestrzeni.

Dobra wiadomość jest taka, że można nawet myśleć o rozwiązaniach organizacyjno-inżyniersko-produkcyjnych: o sprowadzeniu produkcji półprzewodników do UE ostatnio mówiła na przykład austriacka minister cyfryzacji. Systemy operacyjne i programy są też do opracowania/dopracowania z wykorzystaniem dostępnych otwartych kodów źródłowych, a systemy rejestrów rozproszonych mogą wspomóc przeprojektowywanie "przebiegów informacyjnych", zapewniając tym samym wyższy stopień bezpieczeństwa.

Do rozwiązania pozostaje tylko problem pozyskiwania surowców do produkcji materiałów i skrócenia łańcuchów dostaw. No niby na Suwalszczyźnie, w Ząbkowicach i na Jurze mamy złoża tego i owego - być może czekają one na swój czas.


10. Na koniec, w nieco lżejszym tonie: dzięki Internetowi, dzięki temu portalowi, dekadę temu zaprzyjaźniłaś się z osobami, które pisały tutaj szczerze - jedna z nich nadal to robi - o różnych dość intymnych aspektach swojego życia. Jedna z tych osób - za Twoją każdorazową akceptacją - opisywała na swoim blogu również prywatne kontakty z Tobą i Twoją rodziną, ilustrując notki dyskretnymi zdjęciami. Jak to skomentujesz w świetle swoich słów o konieczności zachowywania powściągliwości w korzystaniu z Internetu, czy w świetle postulatów osobistej cyfrowej niepodległości?

„katarzyna wichrowska”: Co do powściągliwości - nie sądzę, żeby bez dodatkowego mocnego zaangażowania, bez dodatkowych danych albo bardzo zaawansowanych narzędzi można było mnie (i nas) personalnie zidentyfikować i zlokalizować, więc dyskrecja i powściągliwość była zachowywana w stopniu wystarczającym. Kto miałby zamiar jakoś bliżej zapoznawać się czy działać "w odniesieniu do" w realu, raczej będzie musiał przejść przez legitymizacyjne filtry. Nie zrobi tego ot tak, przez parę klików. Z kolei osobista i nieosobista cyfrowa niepodległość, jak już mówiłam, jest niemożliwa w tej chwili do osiągnięcia, więc trzeba dostosować się do istniejących warunków i cieszyć się tym, czym można :)


rozmawiała: prowincjałka


10.11.2021


.

Prozą o poezji, z Ewą Filipczuk, rozmowa

 

01. PRL, rok 19..., komunistyczna cenzura nie dopuszcza do druku Twojego wiersza. Co nie spodobało się w nim cenzorowi?

Ewa Filipczuk: Rok 1976. Myślę, że odpowiedzią na to pytanie jest sam wiersz: [TRUMNA]


02. Wydaje mi się, że nie publikowałaś tego utworu na swoim blogu w salon24.pl [...], który prowadzisz tutaj od 2011 roku – w takim rozpolitykowanym miejscu na pewno byłby wcześniej zauważony. Nie wiem jednak, czy nie popełniłam błędu, zaczynając naszą rozmowę od pytania o zderzenie z cenzurą. Odpowiedź, której udzieliłaś "wierszem" jest tak mocna, że nie wiem, jaki wątek mogłabym teraz podnieść. Może więc spytam, czy rok powstania tego wiersza jest istotny, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Ewa Filipczuk: Może nie idźmy w tę stronę. Moja poezja nie była przesiąknięta polityką, tylko czasami, z rzadka, pojawiały się tematy tak istotne, tak obecne w powietrzu, że wiersz wydawał mi się niezbędny. Ten rok i poprzednie lata - taka była moja ojczyzna.


03. Gdybyś miała z perspektywy twórcy zrobić katalog tematów, którymi Twoja poezja była przesiąknięta, jakie hasła umieściłabyś w tym wykazie? Czy mogłabyś podać 10 haseł do takiego tematycznego katalogu swojej twórczości, na przykład w kolejności ich ważności dla Ciebie?

Ewa Filipczuk: Trudne zadanie. Odpowiem nie licząc do dziesięciu. Piszę o samotności. O odtrąceniu i braku. O niemożliwości porozumienia się z innym człowiekiem. O przemijaniu i śmierci. O tęsknocie. O obrazach, bo niektóre z nich głośno do mnie mówią. Lubię śmiać się i żartować, ale jak wynika z tej wyliczanki, pisząc wiersze jestem śmiertelnie poważna.


04. W jaki sposób Twoje dorosłe już dzieci - córka i syn - kiedy były małe, odbierały życie na co dzień ze „śmiertelnie poważną” poetką? Nie wyobrażam sobie, żeby te dwa światy - rodzinna codzienność i artystyczna twórczość - nie przenikały się każdego dnia w Twoim domu.

Ewa Filipczuk: Na to pytanie powinny odpowiedzieć moje dzieci. Według mnie atmosfera w domu nie była śmiertelnie poważna, wręcz przeciwnie. W dobrym zwyczaju domowym było żartowanie z moich wierszy i z mojej nieobecnej miny, kiedy coś pisałam. Taki klimat mi służył, bo przecież trzeba było czasami wypuścić powietrze. Żebym nie pękła :)


05. Czy córka i syn nie uważali, że jako dzieci poetki również powinni zajmować się twórczością poetycką?

Ewa Filipczuk: Dzieci coś tam pisały, bo wydawało im się, że to normalne. Córka, jako mała dziewczynka przejawiała poetycką indywidualność. Szybko jednak porzuciła pisanie, mówiąc, że boi się, że zbyt wiele dowie się o sobie z tych wierszy. Rozumiem ją, może bezpieczniej jest nie rozwijać własnej nadwrażliwości. Pisanie jest w pewnym sensie zajęciem ekstremalnym.


06. Czy każda twórczość pisarska jest ekstremalnym zajęciem, czy tylko poezja? Twórczość dramatyczna jest głównie odzwierciedleniem naszych codziennych rozmów. Twórczość prozatorska również bierze swój początek z prozy życia i naszych codziennych narracji, opisów, rozmów na temat tego, kto, co, z kim i po co. A poezja?

Ewa Filipczuk: Moim zdaniem poezja jest skondensowaną prozą, trochę bardziej pokazującą to, co jest w środku, niż to, co jest na zewnątrz.


07. Jest pewnie tak, jak mówisz. Wskazywałyby na to Twoje odpowiedzi - bardzo skondensowane - przez co moje pytania jawią się jako strasznie rozwlekłe. A czy nie powinno być odwrotnie: krótkie pytania, a odpowiedzi - rozbudowane? Ale idźmy dalej. Kiedyś wspomniałaś, że prawie każdy człowiek chociaż raz w życiu poczuł potrzebę wypowiedzenia się przy pomocy wiersza. Skąd bierze się taka potrzeba? Kiedy Ty poczułaś ją po raz pierwszy, i w jaki sposób stała się ona Twoim sposobem na całe życie?

Ewa Filipczuk: Pierwszy wiersz napisałam będąc w liceum. Było to dziełko modelowo wręcz grafomańskie. Potem powstało jeszcze kilka, równie słabych. Co ciekawe, nie były to wierszyki miłosne, lecz "społecznie zaangażowane". Nie wiem, jak to się stało, że wciąż pisałam i to coraz pewniej. Jeszcze przed maturą debiutowałam w prasie, z czego dumny był zwłaszcza mój ojciec. A potrzeba pisania jest wszędzie. Niektórym mija szybko. Ja jednak byłam wytrwała. Dlaczego? Któż to wie. Może to jedyna moja umiejętność? A i ona nie jest dana na zawsze, przychodzą puste miesiące i lata. Moim marzeniem jest napisanie jeszcze jakiegoś naprawdę ważnego, ważkiego wiersza.


08. Może będzie to wiersz o Twoim rodzinnym mieście? Stanowiło ono ważną inspirację dla Reymonta, Tuwima, Singera, Sztaudyngera, Mostowicza i innych autorów. Więc? Jaka byłaby Łódź w Twoim utworze?

Ewa Filipczuk: Kiedyś, dawno temu napisałam wiersz o moim mieście, chociaż jest ono tam bezimienne. Kryje się pod tytułem "Horyzont" (tomik "Czekam na ciebie w ciemnościach"). Ten najważniejszy, ten, który jest przede mną, powinien być uniwersalny - nie "tu i teraz" ale "zawsze i wszędzie". Powinien być zagadką, nie jej rozwiązaniem. Oby się kiedyś napisał - w Łodzi albo gdziekolwiek indziej...


09. Oby się kiedyś napisał, jak najbardziej. Ale: gdzie miałby się opublikować? W PRL, w którym cenzura nie dopuściła do druku Twojego wiersza „Trumna” („w mojej ojczyźnie czułe kraty / kwiaciarki układają oset / wariaci piszą poematy”), jednak debiutowałaś i publikowałaś w renomowanym państwowym wydawnictwie. Przypomnijmy Twoje publikacje z lat 1977 - 2003: Gra. PIW; Cafe Chaos. PIW; Czekam na ciebie w ciemnościach. PIW; Hotele, pokoiki małe. PIW; Paryska sukienka. Stow. Liter. im.K.K.Baczyńskiego; Klucz. Biblioteka Autorska Centauro; Sieć. Biblioteka Poetycka SPP. - A teraz?

Ewa Filipczuk: Smutna będzie moja odpowiedź. Nie będzie publikowany w książce, bo nie dla mnie są boje o druk. Jeżeli go napiszę, pewno pojawi się w Salonie24, przystrojony reklamami, mało czytelny i zostanie przeczytany przez małą grupkę moich stałych czytelników. Ten wiersz będzie miał znaczenie dla mnie. Tak to sobie teraz wyobrażam, a jak będzie naprawdę? Nie wiadomo. Wierzę w moc sprawczą słów napisanych, więc może zdarzy się cud?


10. Być może trzeba potencjalnemu cudowi pomóc? Można stworzyć w internecie własną stronę autorską, można publikować na portalach typowo literackich, można wydać tomik w formie e-booka, można wiersze nagrać w autorskim wykonaniu i zamieszczać w różnych miejscach w sieci. Wiem, że Twój syn mógłby wesprzeć Cię technologicznie. Świat nowych mediów nie kończy się na salon24.pl.

Ewa Filipczuk: Masz rację, można pomóc. Tyle że teraz jestem na etapie walki o bardziej przyziemne sprawy (zdrowie, kondycja fizyczna i psychiczna, etc). Kiedyś się zbiorę i powalczę o poezję. Na pewno.


11. Masz już jednak - dzięki blogowi w salon24.pl - pewne doświadczenie ze specyfiką publikacji internetowych. A mianowicie z takim ich aspektem, że można niemal w każdej chwili dokonać zmian w formie lub treści utworu już wcześniej przedstawionego publiczności i przez odbiorców zapamiętanego, być może zapisanego. Wiem, że Ty również dokonujesz zmian w swoich wierszach tutaj publikowanych. Która więc wersja tak zmienianego utworu będzie tą wersją właściwą? Do której ma odnosić się czytelnik lub krytyk? Do wczorajszej, dzisiejszej czy jutrzejszej?

Ewa Filipczuk: Ów czytelnik powinien odnosić się do najnowszej wersji. Na ogół zmiany, które wprowadzam nie są duże ani znaczące. To raczej tylko kosmetyka. Dążenie do perfekcji zazwyczaj na dobre wierszom nie wychodzi.


12. Problem jednak pozostaje, gdyż inny autor może w swoich tekstach dokonywać zmian daleko idących. Sądzę, że to samo pytanie zadam w innym wywiadzie, do którego szykuję się, i o którym wiesz – na temat świata nowych technologii. Nasza wspólna salonowa znajoma na pewno znajdzie techniczny sposób na kontrolowanie zmian w internetowych publikacjach literackich. A na razie, skoro mówimy o czytelnikach (i krytykach). Nie miałaś pretensji do rodziny o „domowe recenzje” Twoich wierszy. Czy jest jednak coś, o co mogłabyś mieć pretensje w stosunku do opinii na temat Twojej twórczości wygłaszanych przez osoby obce, zewnętrzne: czytelników, krytyków?

Ewa Filipczuk: Chyba mam szczęście, bo krytycy literaccy napisali o moich wierszach wiele dobrych recenzji, omówień i esejów. Być może taki właśnie odbiór przyczynił się do tego, że wciąż pisałam. Czasami ze strony czytelników lub uczestników spotkań autorskich padały jakieś drobne złośliwości. Często właśnie wtedy poprawiałam wiersze, a w każdym razie zastanawiałam się nad nimi. Sądzę, że umiem odróżnić krytykę merytoryczną od tej, która ma sprawić mi przykrość, a krytykującemu podnieść wartość własnego ego.


13. Krytyczne omówienia Twojej poezji powstawały w epoce papierowej, przed-cyfrowej, wtedy kiedy również Twoje wiersze wydawano jedynie na papierze. Tak więc, poważna obecność w nowym świecie informacyjnym ciągle jest przed Tobą! Wracając jednak do ostatniego wątku: gdybyś sama miała odegrać rolę krytyka-mentora, jakich rad udzieliłabyś osobie aspirującej do twórczości poetyckiej? Co odpowiedziałabyś, gdyby ktoś spytał, jak nie pisać wierszy, a co gdyby spytał, jak je pisać?

Ewa Filipczuk: Na te pytania nie ma żadnej odpowiedzi. Albo ma się w sobie wrażliwość - nadwrażliwość - poetycką, albo nie. Kiedy ona się rodzi? Czy jest nam dana, czy można ją wypracować? Nie wiem. Jeżeli dostałabym próbki wierszy pytającego o radę, mogłabym, zgodnie z własną wrażliwością, powiedzieć coś więcej. Czasem kilka słów wystarczy, aby zachęcić albo zniechęcić do pisania. Mówimy tu o materii bardzo nieuchwytnej. Zawsze jednak uważałam, że lepiej pisać, nawet nieudolnie, niż nie pisać. Oby tylko nie uwierzyć we własny wybitny talent.


14. Miesiąc temu zaproponowałam, żebyś na 10-lecie swojej obecności w salon24.pl wybrała ze swej dotychczasowej twórczości 10 wierszy, które uważasz za istotne, i opublikowała je na swoim blogu w „szalonej serii” - zamieszczając codziennie 1 wiersz. Cieszę się, że przystałaś na tę propozycję! Teraz, czekając na wiersz, który ma dopiero nadejść, chciałabym poprosić Cię o małą retrospekcję i komentarze do wierszy, które już nadeszły, istnieją i są ważne. Poproszę o 1 zdanie o tym, z czym dany wiersz kojarzy Ci się, kiedy o nim myślisz. Oto „złota 10” Twojej twórczości, przedstawiona w porządku alfabetycznym:

Ewa Filipczuk: A oto moje skojarzenia: [Barabasz] - powieść Lagerquista o tym samym tytule; [białe trawy miłości] - naczytałam się o Borgiach; [Cafe Chaos] - fascynacja surrealizmem oraz pewien sen; [Listy o rozpaczy] - długo trwająca depresja; [motyw ze snem] - pracowałam wtedy w Warszawie, w redakcji Poezji i często jeździłam pociągami, a i hoteliki nie były mi obce; [niebo moich rodziców] - sierpniowy spacer na cmentarz i dym z palonych kiedyś przez rodziców papierosów jak żywy; [ogień] - niepokój egzystencjalny; [piosenka dla Margot] - mój piekący grzech; [Smak łez] - nagła potrzeba retrospekcji; [Stultifera navis] - obraz Boscha.


15. Już dawno chciałam przeprowadzić wywiad z Ewą Filipczuk, zaprzyjaźnioną poetką-blogerką z salon24.pl. Brakowało mi jednak czegoś, co nazywam „haczykiem” - punktem zaczepienia, który w jakiś sposób wiązałby rozmowę o poezji z salonem24.pl, jakim stał się w ostatnich latach. Miesiąc temu los sam mi go podesłał, a była nim typowa internetowa nawalanka, tocząca się na Twoim blogu pod opublikowanym wtedy przez Ciebie wierszem, oczywiście nie mająca nic wspólnego ani z poezją, ani z tytułowym musującym winem. Przepraszaliśmy wtedy za strollowanie Twojej poezji, a mnie od razu przyszedł na myśl punkt wyjścia do wywiadu, będący jednocześnie jego roboczym tytułem: „Strollowaliśmy Ci wiersz!”. Jednak kiedy zaczęłyśmy tę rozmowę, jako punkt wyjścia pojawił się całkiem inny - ważniejszy - wątek. Zrezygnowałam więc z początkowej wizji, i proponuję tytuł nie tak tabloidowy jak poprzednio, natomiast bardziej adekwatny do tematyki tego wywiadu. Rozmowa z Tobą była wielowymiarową przyjemnością!

Ewa Filipczuk: Poprzedni tytuł mógł być, akceptuję też tytuł obecny. Chciałabym bardzo podziękować Ci za pytania, które zmusiły mnie do głębszej refleksji i przywołały wiele poetyckich wspomnień. Na koniec apeluję: piszmy wiersze i prozę! - A potem czytajmy!


Rozmawiała: prowincjałka


Pełna bibliografia Ewy Filipczuk: Gra. PIW 1977; Cafe Chaos. PIW 1980; Czekam na ciebie w ciemnościach. PIW 1986; Hotele, pokoiki małe. PIW 1989; Paryska sukienka. Stow. Liter. im.K.K.Baczyńskiego, Łódź 1991; Klucz. Biblioteka Autorska Centauro, Łódź 1999; Sieć. Biblioteka Poetycka SPP, Łódź 2003.


25. 09. 2021

 

 

.

Jak się dobrze wydać? Best of luck, Róża! (wywiad)


1. Przyznaję: nigdy wcześniej nie spotkałam się z przypadkiem pisarza, który zalecałby swoim czytelnikom, żeby nie kupowali jego książek! Po raz pierwszy taką radę wyczytałam na autorskiej stronie Róży Lewanowicz, radę poczynioną w odniesieniu do jej debiutanckiej sensacyjnej trylogii, parę lat temu entuzjastycznie przyjętej przez czytelników.


Róża Lewanowicz: Zauważ jednak, że nie zalecałabym, by jej nie czytać. Biblioteki to fantastyczny wynalazek i gorąco zachęcam, by z nich korzystać. Napisałam tę uwagę, bo uznałam, że to logiczne, uczciwe i zgodne z literą prawa. Wydawca nie tylko nie płacił mi od dłuższego czasu tantiem, ale w dodatku sprzedawał książki po wygaśnięciu umowy, nie mając praw autorskich - na co mam niezbite dowody. Przecież to kradzież! Obecnie sprawa ma swój finał w sądzie - nie z mojej inicjatywy - ale trudno przewidzieć, czy otrzymam zaległe należności. Szczerze? Nie nastawiam się na to za bardzo, bo nie chcę się rozczarować. Poza tym wolałam całą energię skierować na inne działania pisarsko-wydawnicze, takie na przykład jak moja najnowsza powieść, tym razem z gatunku fantasy, znajdująca się już w sprzedaży: Drugie drzewo.


2. Zawodowo pracujesz w sferze, w której co miesiąc można zarobić na mniej więcej pięcioletni samochód. A jednak pomimo pierwszego bolesnego zderzenia z polskim rynkiem wydawniczym, nadal myślisz o pisaniu i publikowaniu książek?


Róża Lewanowicz: Kto tak dużo zarabia w IT, ten zarabia. Ja nie narzekam, ale jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, zanim osiągnę coś bardziej 'konkretnego'. Prawda jest taka, że obie te sprawy – praca zarobkowa i pisanie książek - są powiązane na kilku płaszczyznach. Nie wyobrażam sobie nie pisać książek, ale do tego potrzebne są środki na przeżycie. To motywuje mnie do rozwoju zawodowego na poziomie, na który bym się nigdy nie zdecydowała wyłącznie ze względów finansowych. Poza tym w pracy zawodowej piszę cały czas, więc tak czy inaczej spełniam się w jakiejś mierze, rozwijając ten talent bez większego wysiłku. Pisanie powieści - jak każde inne hobby - pozwala zachować równowagę emocjonalną, oderwać się od pracy dla kogoś, dając poczucie wolności. Przestałam sobie na razie zadawać pytanie, czy kiedykolwiek zdołam się utrzymywać tylko dzięki pisaniu, bo traciłam na to za dużo nerwów.


3. Czy cały polski rynek wydawniczy działa w taki sam sposób, jak opisany przez Ciebie Twój pierwszy wydawca?


Róża Lewanowicz: Wolałabym się nie wypowiadać 'ogólnie' na temat polskiego rynku wydawniczego, choć sprawa nie dotyczy jedynie pisarzy, ale twórców w ogóle. Z mojego, bardzo osobistego, doświadczenia wynika, że dobrze nie jest. Kiedy mój wydawca odrzucił Otwórz oczy, Marianno (ewidentnie oczekiwali ode mnie kolejnego pop-kryminału), zaczęłam wysyłać powieść do innych wydawnictw, bardzo wielu wydawnictw... Gdy ciągle dostawałam odmowy albo po prostu nie odpowiadano, postanowiłam wysyłać ją nie pod znanym już literackim pseudonimem, ale pod własnym nazwiskiem i odpowiedzi zaczęły nadchodzić dość szybko, tyle że za każdym razem pisano, że biorąc pod uwagę, jak jest ciężko na rynku i jak trudno wypromować debiutanta, proponują mi podział kosztów publikacji pół na pół(!), a gdy ujawniałam się jako Róża Lewanowicz, a więc nie debiutantka, która musi dopiero wyrabiać sobie markę, odpowiadano, że nie ma dla mnie oferty...


4. A więc – wygląda na to, że ma miejsce ewidentne żerowanie na artystach debiutujących, no ogół nie mających pojęcia o zastawionych na nich prawnych pułapkach.


Tak. Po jakimś czasie jednak odezwało się do mnie pewne wydawnictwo z propozycją współpracy. Nie miałam zamiaru w ogóle odpisywać, ale ostatecznie poprosiłam, żeby przesłali mi wzór umowy, jaką zawierają z pisarzami. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że zwyczajnie nie mam tu czego szukać. W punkcie mówiącym o wynagrodzeniu napisano, że otrzymam jednorazową wypłatę - jakieś śmieszne pieniądze - potem już mi nie będą płacić, a prawa autorskie zostaną z nimi na wieki wieków. Kiedy rozmawiałam z pewną panią adwokat, zajmującą się prawami autorskimi od ponad dwóch dekad, usłyszałam, że takie umowy nie są niczym niezwykłym i że w sumie te moje były całkiem sensowne, jak na nasze warunki. Zaś gdy pokazałam je cywiliście, złapał się za głowę. Najlepszym komentarzem do tej sytuacji była dla mnie chwila, gdy moja znajoma przedstawiła mnie pewnemu piosenkarzowi, znanej gwieździe polskiej estrady, następującymi słowami: "To jest taka miła pani pisarka i jej TEŻ nie płacą."


5. Zaczęłaś więc sama wydawać swoje książki w formie e-booków.


Róża Lewanowicz: Wydawanie własnym sumptem książek w Polsce nie jest dobrze widziane. Doprecyzowując - jest źle postrzegane przez środowisko pisarzy, recenzentów i... prawników od praw autorskich, którzy, co oczywiste, czerpią zyski z faktu, że pisarzom się nie płaci i że muszą oni dochodzić swoich praw w sądach. Kiedy ogłosiłam w mediach społecznościowych, że moja powieść „Otwórz oczy, Marianno" jest dostępna w formie e-booka i że sama zadbałam o konwersję i publikację, wylała się na mnie fala hejtu. Jedna z osób napisała mi wprost: 'Już nikt nigdy cię nie wyda w Polsce!', na co odparłam, że bardzo dobrze, bo nie mam zamiaru wiązać się więcej z jakimkolwiek oszustem. Książka ta oraz kolejna powieść są dostępne, ale, delikatnie mówiąc, nie odniosły sukcesu z oczywistych względów: nie mam środków ani narzędzi, by dotrzeć do odbiorców. Mimo to nie zmieniłam zdania o polskim rynku wydawniczym. Pisarze boją się ostracyzmu, chcą być wydawani, nawet jeśli sytuacja jest, jaka jest. Ja jestem i tak w dość komfortowej sytuacji, ponieważ w pracy zawodowej i tak zajmuję się pisaniem i, zwłaszcza ostatnio, spełniam się na tym polu całkiem nieźle.


6. Piszesz i publikujesz książki również w języku angielskim, i sama prowadzisz ich sprzedaż np. na Amazon. Czy są to wyłącznie powieści? I czy wśród czytelników masz też osoby spoza Polski?


Róża Lewanowicz: Jeśli chodzi o self-publishing na świecie, sprawa ma się zupełnie inaczej. Platform w rodzaju Amazona, gdzie można samodzielnie wydać swoją książkę, jest coraz więcej, ale póki co to Amazon ma raczej monopol na tego rodzaju działalność, natomiast ani czytelnicy, ani krytycy, ani ktokolwiek inny nie patrzy na to, czy pisarz wydał się sam, czy stoi za nim wielkie wydawnictwo. Na początku opublikowałam małe zbiory esejów, żeby wdrożyć się w platformę i zobaczyć, jaka forma promocji działa najlepiej. Problemem jest to, że książek jest mnóstwo i aby się przebić, trzeba sporo zainwestować w reklamę, która nie zawsze działa. Nie jest tak, jak się niektórym wydaje, że wystarczy wrzucić tytuł i czytelnicy go sobie znajdą.

Zdecydowałam się jednak wydać „Mariannę” w języku angielskim, głównie z tego powodu, że utrzymuję się dzięki znajomości tego języka, a uczenie się go w tradycyjny sposób po prostu jest dla mnie zbyt nudne. Nie powiem, że była to przyjemna podróż (sama wiesz, że tłumaczenie to zajęcie dla cierpliwych i wytrwałych), ale nie żałuję. Opatrznościowo złożyło się tak, że tłumaczenie tak wdrożyło mnie w pisanie, że doskonale odnalazłam się w nowej rzeczywistości zawodowej. Z tego, co obserwuję na portalu Goodreads, czytelnicy to sami Amerykanie, jednak, z powodów osobistych 'zawirowań', ostatnio nie przykładałam się specjalnie do kwestii promocji, więc sprawa nieco przygasła. Myślę jednak, że jak już się nieco pozbieram, wrócę do tematu, pewnie także do kolejnej powieści po angielsku.


7. W podsumowaniu wywiadu z Różą Lewanowicz moje smutne skojarzenie: self-publishing czy samizdat, to dosłownie biorąc - synonimy. Włodzimierz Bukowski, dawny sowiecki opozycjonista, o tamtym symbolu samotnej walki z komunistycznym systemem: Samizdat - sam piszę, sam redaguję, sam cenzuruję, sam publikuję, sam rozpowszechniam i sam siedzę za to w więzieniu. Tym bardziej więc: - Best of luck, Róża!



Róża Lewanowicz pochodzi z Dolnego Śląska, ale od lat mieszka i pracuje w Warszawie. Z wykształcenia jest polonistą i dziennikarzem, zawodowo związana z branżą IT. Oprócz pisania zajmuje się rękodziełem i fotografią.



Rozmawiała: prowincjałka


Poprzedni wywiad z Różą Lewanowicz: „Nic nie jest proste w moim życiu”. Męskie fantazje, kobiece pisanie, kilka prostych pytań.

 

 22.11.2020



.

„Nic nie jest proste w moim życiu”. Męskie fantazje, kobiece pisanie, kilka prostych pytań (wywiad)


01 . Czym męskie fantazje różnią się od fantazji kobiecych? - pytam Różę Lewanowicz, wielostronnie utalentowaną autorkę kilku książek, a blogerkę salon24.pl, kiedyś bardzo aktywną pod pseudonimem Zasznurowana.


Róża Lewanowicz: "Męskie fantazje" mogą kojarzyć się tylko z jednym... Ale po latach pracy w silnie zmaskulinizowanych środowiskach - armia, technologie wojskowe, IT - wiem, że mężczyźni w swoich fantazjach werbalizowanych na głos są mocno skupieni na własnych, indywidualnych potrzebach: dobra pensja, samochody, możliwość realizacji w ulubionych zajęciach, np. sporcie. Natomiast w fantazjach nie do końca wyrażonych świadomie chcą czuć, że to, co robią, ma znaczenie, że są ważni, silni, zapewniają opiekę słabszym.

Z kobietami jest odwrotnie. W pierwszym odruchu myślimy o innych: mężach, dzieciach, rodzicach, gdy tymczasem nieuświadomione zawsze fantazje dotyczą czegoś zgoła innego: chcemy realizować własne pasje, a jednocześnie czuć, że jesteśmy zaopiekowane.


02. A jak to wygląda w aspekcie ulubionych gatunków literackich?


Róża Lewanowicz: W skrócie - faceci nie lubią nadmiernej ckliwości i rozdrabniania się z emocjami. Jak to ujęła moja koleżanka: "Jeśli chcę, by mój mąż się odczepił, grożę, że zaczniemy rozmawiać o uczuciach". Ważniejsze jest działanie niż gadanie, zwłaszcza takie, którego się nie rozumie, bo się nie ma w sobie do tego narzędzi. Kobietom zależy na tym, by literatura wzbudzała jakieś emocje, by poruszała wewnętrzne struny, czasem do przesady, bo na co dzień zajęte są bolesną przyziemnością.


03. Dlaczego to przede wszystkim kobiety były zapalonymi czytelniczkami Twojej debiutanckiej trylogii sensacyjnej, chociaż przecież dzieje się ona głównie w środowisku wojskowym?


Róża Lewanowicz: "Porwana" podobała się także wielu mężczyznom, ale faktem jest, że poruszyła więcej kobiet. Uważam, że stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, pomimo szybko dziejącej się akcji, trylogia była bardzo emocjonalna, analizująca dogłębnie ludzkie problemy, np. w małżeństwie. Akcja stanowiła niejako tło do tego, o czym kobiety lubią czytać w romansach czy powieściach psychologicznych. Po drugie, cała opowieść stanowiła odwołanie do tych głęboko skrywanych kobiecych pragnień o byciu niezależną i zdolną do robienia "męskich" rzeczy, a jednocześnie byciu zaopiekowaną. Nastąpiło odwrócenie ról, które nie wszystkim mężczyznom mogło przypaść do gustu.


04. Co w Twojej ostatnio opublikowanej powieści typu fantasy sprawia, że tym razem zapala ona przede wszystkim zainteresowanie mężczyzn?


Róża Lewanowicz: "Drugie Drzewo" to powrót do tradycyjnego, a nawet pierwotnego, podziału ról, gdzie mężczyźni noszą spodnie (i broń), troszczą się o społeczność, bronią jej, zapewniają byt. W książce tej mniej jest analizy psychologicznej poszczególnych jednostek, a więcej jest skupienia na społecznych relacjach. Zauważyłam też, że kobiety odebrały treść bardziej dosłownie, co może nie być przyjemne, biorąc pod uwagę tematykę, zaś mężczyźni dostrzegli w niej intencjonalnie zawarty dowcip i ironię.


05. Jak byś zdefiniowała literaturę apokaliptyczną, do której zaliczasz swoje „Drugie drzewo”?


Róża Lewanowicz: Ciekawe jest to, że ja w ogóle nie zaliczałam tej książki do gatunku "postapo", dopiero jeden z kolegów tak ją określił. Potrzebowałam tła do opisania historii samotnego człowieka, opuszczonego przez rodzinę i społeczeństwo. Świat po globalnej epidemii wydawał się być idealną scenerią dla kogoś takiego, scenerią, w której ta osoba odnajduje się lepiej niż inni, skoro rodzina i społeczeństwo rozpadły się na dobre.


06. Jeden z moich znajomych na początku ogłoszenia wiosną pandemii oraz pierwszych obostrzeń z nią związanych sięgnął ponownie po „Dżumę” Camusa. Czym tłumaczyłabyś to nagłe przypomnienie sobie o tej właśnie powieści?


Róża Lewanowicz: Na początku życia w Warszawie pracowałam przez parę miesięcy w kamienicy, którą Prus opisał w "Lalce". Był to adres sklepu Wokulskiego. To sprawiło, że czytałam tę powieść z wypiekami na twarzy. Tak samo było, gdy odwiedziłam Łódź i po prostu czułam, że muszę sięgnąć po "Ziemię Obiecaną", którą omijałam przez lata szerokim łukiem. Wydaje się więc, że szukamy w powieściach emocji, jakie towarzyszą nam w danej chwili, czegoś, z czym możemy się identyfikować, żeby poradzić sobie z tymi emocjami i myślami. Pisarz szuka ich w pisaniu, czytelnik w czytaniu.


07. Czy poza swoją apokaliptyczną powieścią znasz inne, które mogłyby stać się lekturą (być może nawet rodzajem instrukcji) na taki trudny czas jak obecny?


Róża Lewanowicz: Osobiście, jako czytelnik, nie lubiłam nigdy tego gatunku literackiego i gdyby ktoś zapytał mnie, czy kiedyś po taki sięgnę jako pisarz, odparłabym, że na pewno nie. Jednak to przecież jedynie środek do osiągnięcia celu, a w tym wypadku było to przelanie na papier, czy też raczej ekran komputera, nagromadzonych myśli i uczuć.

Książek nie polecę - chociaż znajomi mówili, że seria "Metro" jest świetna - bo praktycznie nie czytam powieści, ale oglądam czasem filmy i seriale opowiadające o świecie po epidemii (mój ulubiony serial to "12 małp", gdzie problem zarazy rozwiązuje się za pomocą podróży w czasie). Nie bardzo wierzę, by któryś z nich mógł stać się pociechą bądź instruktażem na trudny czas - są po prostu zbyt przygnębiające albo brutalne. Czytamy i oglądamy te treści, ponieważ lęk przed katastrofami globalnymi mamy zapisany w genach po przodkach, którzy ich doświadczyli. Literatura i film pomagają nam nieco rozładować napięcie, ale raczej niczego nie uczą.


08. Kilka lat temu, w ramach zwiedzania mojego Pomorza, trafiłyśmy do pewnego miejsca wypoczynkowego, położonego w bardzo specyficznym otoczeniu - jak sądzę bliskim Ci z racji Twoich wcześniejszych militarnych doświadczeń zawodowych. Po pewnym czasie okazuje się, że znalazło się ono w ważnym momencie Twojej apokaliptycznej powieści! Czym sobie na to zasłużyło?


Róża Lewanowicz: Ośrodek, las wokół, a nawet okoliczne gospodarstwa miały w sobie coś z pierwotnego piękna. Pamiętam, że pomyślałam podczas tego krótkiego pobytu, że gdyby ludzkość miała się kiedyś odrodzić po jakiejś katastrofie, zwłaszcza po tej, którą sama na siebie sprowadzi, to właśnie w takiej scenerii - z jednej strony w cudzie natury, a z drugiej w trudach ludzkiej pracy. Wokół nas biegały dzieci i ich psy, było zielono i spokojnie, czyli dokładnie odwrotnie niż w wielkim, betonowym świecie. I chyba dlatego prawdziwe zawiązanie akcji nastąpiło właśnie tam.


09. I od razu pytanie kolejne, czy nadmorski domek w lesie, w którym znalazłyśmy się we wrześniu tego roku ma również taką szansę? Jego klimat, jak pewnie przyznasz, był bardzo specyficzny.


Róża Lewanowicz: O, tak! Jakiś czas temu zaczęłam pisać powieść (idzie mi bardzo powoli), w której istotnym punktem programu jest wizyta głównych bohaterów nad morzem. Początkowo chciałam ich 'umieścić' w miejscu podobnym do ośrodka wypoczynkowego, ale po odwiedzinach w tym domku wiedziałam, że to właściwsza lokalizacja.


10. Czy w podobny sposób wykorzystujesz w powieściach "doświadczenie" spotykanych osób? Kiedyś wspominałaś o posiadaniu doskonałego słuchu językowego, o zdolności wychwytywania i zapamiętywania różnych indywidualnych stylów wypowiedzi. Taka zdolność na pewno bardzo pomaga przy tworzeniu postaci literackich. Kilka tygodni temu, kiedy byłyśmy na pożegnalnej kawie przed Twoim i Kasi Wichrowskiej wyjazdem ode mnie, zauważyłam, jak zachowanie pewnej osoby, z którą wymieniłyśmy kilka zdań na temat noszenia antywirusowych masek w kawiarni, w której byłyśmy, "zarezonansowało" w Tobie, że tak to określę. Widziałam, że przez kilka sekund byłaś tą osobą. W sumie nic nie robiąc, odbiłaś w sobie jej sposób zachowania, mimikę, manierę. Czy zdajesz sobie sprawę, że to potrafisz? Że to się dzieje?


Róża Lewanowicz: Tak, jestem świadoma tej umiejętności, która pozwala tworzyć fikcyjne postacie. Jak to ktoś zauważył - rzadko spotyka się talent do tworzenia wielu wiarygodnych charakterów w jednej powieści, a ja mam podobno umiejętność tworzenia takich bohaterów także na dalszych planach. Ale! Jak każdy talent, może on być rozpatrywany jako błogosławieństwo albo przekleństwo. Błogosławieństwo z oczywistych powodów, natomiast przekleństwem jest umiejętność wczuwania się w drugiego człowieka do tego stopnia, że się go 'widzi' na wylot. To nie jest przyjemne, zwłaszcza w dużej grupie osób, gdy np. wchodzę na spotkanie i od razu wiem, kto w jakim jest nastroju. Możesz sobie tylko wyobrazić, jak bym się czuła na koncercie rockowym. Wyczerpuje mnie ta nadwrażliwość, dlatego dystansuję się społecznie nawet bez pandemii.


11. Dystansujesz się społecznie, jak piszesz, ale, o ile wiem, nie jesteś odludkiem towarzyskim.


Róża Lewanowicz: To skomplikowane. Z racji nadwrażliwości - oraz wielu negatywnych doświadczeń - mocno się dystansuję. Spotkania towarzyskie, które wymagają ode mnie interakcji, drenują moje siły fizyczne i psychiczne, a jednak, jak chyba każdy człowiek, pragnę kontaktu z drugim człowiekiem, bo on jest równie ważny co tlen i pokarm. Muszę więc mocno wyważyć, z kim i jak długo się spotykać, na jakie imprezy chodzić, a jakie są nie dla mnie... Nic nie jest proste w moim życiu.



Róza Lewanowicz pochodzi z Dolnego Śląska, ale od lat mieszka i pracuje w Warszawie. Z wykształcenia jest polonistą i dziennikarzem, zawodowo związana z branżą IT. Oprócz pisania zajmuje się rękodziełem i fotografią.


Rozmawiała: prowincjałka

 

 13.11.2020

 

 

 .

Mam jedno pytanie. Czy umiesz zabić? (wywiad)


1. Osobę, do której kieruję powyższe pytanie, jak najbardziej poważne, opisałam kiedyś w taki mniej więcej sposób:

Dysonans pomiędzy wyglądem (śliczna młoda kobieta) a zawodowymi doświadczeniami, które zebrała podczas niewielu lat dorosłego życia. Wojska, bronie, poligony, służby, misje zagraniczne – zawrót głowy. Czy Róża mogłaby mnie zaciukać? [Blogerka Zasznurowana – porwana!]


2. No właśnie: dlaczego, jak słyszę, niektórzy uważają, że Róża Lewanowicz jest mężczyzną? Albo, że pod Różanym pseudonimem kryją się dwie osoby, kobieta i mężczyzna? Myślę o tych, którzy Różę znają jedynie jako autorkę powieści z gatunku sensacja, kryminał, thriller.


3. A w ogóle: Różo, dlaczego ukrywasz swoją rzeczywistą tożsamość pod pseudonimami? Bardzo osobisty blog Zasznurowanej prowadzony tutaj, na portalu salon24.pl pod pseudonimem, to w sumie zrozumiałe. Ale dlaczego nie publikujesz powieści pod prawdziwym nazwiskiem?


4. Jeśli dlatego używasz pseudonimu, że powieści Róży Lewanowicz przesiąknięte są wątkami autobiograficznymi, to mam kolejne pytanie: jak rozumieć ten fragment Przebudzonej, drugiej powieści z cyklu:

- Tam każdy na kogoś coś ma, ten cały Jaskóła też. Ja nie wiem, kogo trzyma za jaja, ale ten ktoś ścisnął jądra samemu zastępcy... Rozumie to pan?
- Teraz rozumiem – Brenner mruknął i z trudem powstrzymał odruch pogładzenia się po łysinie. - Nie wiem tylko, kto pana trzyma za... i umilkł na widok miny Rosiaka, który o mało nie zabił go wzrokiem.
Premier roześmiał się znowu. - A mnie, drogi panie inspektorze, czy nawet nadinspektorze... za jaja trzyma pani Dąbek. (Przebudzona, s. 101)

Nie mam wątpliwości, że Justyna Dąbek to alter ego Róży Lewanowicz. A więc: Różo, którego premiera trzymałaś w takim uścisku?


5. Mnożą się pytania, jak widać. Nie wszyscy czytelnicy Porwanej, czyli pierwszej, debiutanckiej powieści Róży Lewanowicz mieli pewność co do sprawcy pewnego zabójstwa. Nie wiedzieli, czy była nim Justyna, czy inna osoba. Niepewność zostaje rozwiana dopiero w powieści drugiej. Nieskromnie powiem, że dobrze wytypowałam zabójcę już podczas lektury powieści pierwszej.
Ale: skoro w postaci Justyny, chociażby jedynie teoretycznie rozważanej jako potencjalny zabójca, jest coś z autorki, to zanim przejdę do lektury najnowszej, trzeciej powieści z tego cyklu, zatytułowanej Wyzwolona, powtórzę swoje tytułowe pytanie: Różo, czy umiesz zabić?


---


Prowincjałka:

Czekam na Różę, która obiecała odpowiedzieć tutaj na moje pytania. Za chwilę powinna się zjawić. Zaznaczam, że wcześniej nie znała ani pytań zarysowanych w notce, ani tych, które mogą pojawić się w trakcie naszej rozmowy. Jedyne pytanie, którego charakter zna, zachowam na sam koniec rozmowy. A więc pytanie pierwsze: Czy umiesz zabić?


Róża Lewanowicz:

Pytanie 1 "tytułowe". W pierwszym odruchu miałam odpowiedzieć: NIE WIEM. Jednak prawda jest taka, że przez pewien okres mojego życia byłam uczona, jak zabić człowieka - zarówno bronią palną (bardzo różną), jak i gołymi rękami. Mało tego, uczono mnie łamania w sobie naturalnej bariery, jaką ma w sobie każdy normalny człowiek, przed zrobieniem krzywdy drugiemu. Myślę więc, że - w odpowiednich okolicznościach - byłoby to możliwe. I, szczerze powiedziawszy, uważam, że to dobrze, bo muszą być na świecie ludzie, którzy będą potrafili obronić siebie, inne osoby, czy własną ojczyznę. Płeć, wiek, wygląd - nie mają tu tak dużego znaczenia. Czy mogłabym "zaciukać" Ciebie, Alicjo? Musiałabyś się zamienić w krwiożerczego wroga ojczyzny, zagrażającego życiu i wolności innych ludzi. Możesz więc spać spokojnie.

Pytanie 2. Jestem kobietą z krwi i kości, która swoje powieści pisze całkowicie sama.
Od przeciętnej kobiety odróżniają mnie dwie rzeczy: nie lubię gadać godzinami przez telefon (w ogóle nie bardzo lubię rozmów telefonicznych) i nie zajmuję łazienki/toalety przez skandalicznie długi czas. Sensacyjny wydźwięk moich powieści wynika z tego, że akurat w chwili ich pisania byłam "przełączona" na kanał kryminalny. Nie zamierzam ograniczać się do tego gatunku i zawsze piszę to, co mi w danej chwili gra w sercu. Np. obecnie rozpowszechniłam wśród znajomych - do oceny - powieść z gatunku post-apokaliptycznego fantasy i, póki co, wszyscy są zachwyceni. Potem pewnie przyjdzie czas na horror. Mam jedynie wątpliwości odnośnie romansu... Hm, myślę, że w tym gatunku raczej nie rozwinę skrzydeł.

Pytanie 3. Kiedy decydowałam się na publikowanie pod pseudonimem, uważałam, że będę się czuła swobodniej, poruszając pewne wątki, np. osobiste, które zostały wplecione w fabułę. Jednak po tych kilku latach uważam, że chodzi o coś więcej. W moim życiu bardzo wiele się zmieniło, ja sama uległam przemianom, głównie wewnętrznym. Przybranie nowego imienia w wielu środowiskach jest symbolem wejścia w nowy etap, stawania się kimś nowym, robienia nowych rzeczy. Skoro już o tożsamości mowa, na marginesie dodam, że firma, w której obecnie pracuję, używa moich dwóch imion z dowodu osobistego. Czuję się dzięki temu, jakbym była w końcu "dopełniona".

Pytanie 4. Nigdy nie trzymałam (i nie mam takiego zamiaru) nikogo za żadną delikatną część ciała.
Aczkolwiek... Dawno temu zdarzyło mi się widzieć człowieka na bardzo wysokim stanowisku, który w mojej obecności - w wyniku wielkiego stresu - trzymał się za swoją męskość. Ten widok zrobił na mnie na tyle duże wrażenie, że znalazł odzwierciedlenie w zacytowanym fragmencie.

Pytanie 5. Myślę, że odpowiedź jest pod pytaniem nr 1. Muszę jednak nadmienić, że tworząc postać Justyny sama stawiałam sobie właśnie to pytanie. Czy mogłabym? W jakich okolicznościach?
Jeśli jednak znów powrócę do tej sceny i do tego, co czułam, kiedy ją opisywałam, okazuje się, że jest w niej drugie dno. Nie chodzi wcale o zabójstwo, ale o decyzję. Parę razy w życiu byłam w trudnej, patowej zdawałoby się, sytuacji. Pozostanie w niej byłoby straszne w skutkach. I wtedy trzeba było podjąć decyzję, która w danej chwili jawiła się jako coś ostatecznego, okropnego, ale przede wszystkim... krzywdzącego mojego krzywdziciela. Scena zabójstwa oznacza całkowite wyjście z takiej sytuacji i odejście z chorej relacji.


Prowincjałka:

Zabijasz. Postaci w swoich powieściach. Taka jest zresztą natura kryminału. Krew się leje.

Odnośnie Twojego debiutu w tym właśnie gatunku. Znam opinie wielu osób, miłośników literatury sensacyjnej, którzy od chwili lektury Twojej pierwszej powieści („Porwana”) wymieniają Różę Lewanowicz na jednym poziomie z najbardziej znanymi i uznanymi autorami gatunku - polskimi i zagranicznymi.

Napisałaś: „Sensacyjny wydźwięk moich powieści wynika z tego, że akurat w chwili ich pisania byłam "przełączona" na kanał kryminalny”. Skąd wzięło się takie „przełączenie”? Z aktualnych lektur? Właśnie: jakie książki na ogół czytasz?


Róża Lewanowicz:

Z moimi gustami zawsze było tak, że rzucałam się na konkretny gatunek i czytałam tyle książek, ile byłam w stanie znieść. Co zabawne, podobnie wygląda moja dieta - jem konkretne rzeczy, dopóki mi się nie przejedzą.

Jeśli chodzi o powieści, w chwili ukończenia Porwanej, przestałam je czytać. Całkowicie! Nie jestem w stanie przebrnąć przez żadną, bo mam poczucie, jakbym czytała czyjś pamiętnik. Pisarze, nie zawsze świadomie, niesamowicie się odsłaniają, zdradzając swoje emocje i pragnienia.
Od kilku lat więc czytam książki popularno-naukowe. Mam za sobą etap neurobiologii i neuropsychologii. Obecnie jestem zachwycona wszystkim, co jest związane z Kosmosem i fizyką kwantową. Prawda jest taka, że właśnie te "fazy" fascynacji różnymi dziedzinami inspirują mnie do pisania powieści, na równi z doświadczeniami zawodowymi.


Prowincjałka:

Piszesz: "Jeśli chodzi o powieści, w chwili ukończenia Porwanej, przestałam je czytać. Całkowicie! Nie jestem w stanie przebrnąć przez żadną, bo mam poczucie, jakbym czytała czyjś pamiętnik. Pisarze, nie zawsze świadomie, niesamowicie się odsłaniają, zdradzając swoje emocje i pragnienia.” A więc: to dotyczy również Ciebie, jako autorki. Czy masz świadomość, które elementy Twoich powieści stanową taki "pamiętnik"?


Róża Lewanowicz:

Ależ oczywiście! Mało tego, pozwalam bohaterom moich powieści robić i mówić, co chcą, bo w tej sposób skrępowana podświadomość otwiera się i pozwala mi zajrzeć w głąb samej siebie. W trakcie pisania nie wiem do końca, co jest ze mnie, a co jest tylko fantazją. To odkrywam później, niczym terapeuta poznający swojego pacjenta.


Prowincjałka:

Pozwalasz bohaterom swoich powieści - ja mówisz - robić i mówić, co chcą. Może stąd właśnie bierze się lekkość dialogów w Twoich powieściach, gdyż głównie na dialogach są oparte. Na dialogach bardzo wartkich. Pewnie masz również tego świadomość, że są to (piszę o dwóch pierwszych powieściach, gdyż "Wyzwolonej" jeszcze nie czytałam) - gotowe (naprawdę gotowe!) scenariusze filmowe. Czy myślisz o zainteresowaniu nimi jakichś producentów filmowych?


Róża Lewanowicz:

Prawda jest taka, że Porwana nie miała być powieścią, ale właśnie scenariuszem i jako taki zaczęłam ją pisać. W miarę jednak prac nad treścią "rozbudowały" mi się nieco za bardzo didaskalia i, zanim się obejrzałam, miałam przed sobą materiał do druku.

Bardzo chciałabym, żeby moje książki zostały sfilmowane. Uważam, że cała ta trylogia byłaby świetnym trzy-sezonowym serialem i jestem ciekawa, jak ewentualny reżyser zinterpretowałby jej treść. Te historie nie są pełne, stanowią jedynie szkielet, który dopiero można by wypełnić obrazami czy dźwiękiem.


Prowincjałka:

W sumie, część druga trylogii ma nieco wolniejsze tempo. Czy to znaczy, że pisałaś ją już jako jedynie powieść?

Przy okazji. Opinie znanym mi czytelników Twoich powieści o "Przebudzonej" były nieco mniej jednolite niż o jej poprzedniczce. Krytyczne uwagi - do których się przyłączam - dotyczyły zbyt dużego nagromadzenia postaci w początkowej części. Nawiązywałaś do postaci z części pierwszej, nieznanych nowemu czytelnikowi. Dodatkowo posługiwałaś się w odniesieniu do nich zarówno imionami, jak też nazwiskami oraz ksywkami.

Większości osób, z którymi rozmawiałam, to zupełnie nie przeszkadzało. Jednak pewna liczba czytelników gubiła się. Ja również czasem traciłam rozeznanie, o kogo chodzi. Co nie przeszkadzało mi czytać dalej, ponieważ niósł mnie sam wartki styl snutych przez Ciebie opowieści. Masz niesamowity talent do opowiadania!

W związku z powyższymi zastrzeżeniami, miałabym pewien pomysł - uzupełnienie "Przebudzonej" o indeks osób (imię, nazwisko, ksywka plus krótka informacja "who is who"). W filmie pewnie nie byłoby takiego problemu: widzielibyśmy po prostu twarze.


Róża Lewanowicz:

Drugą część pisałam, zanim jeszcze było wiadomo, że pierwsza ukaże się drukiem, ale już byłam pewna, że powinna to być "zwykła" powieść.

Co do pomysłu z indeksem osób w Przebudzonej, uważam, że jest BARDZO dobry. Wielu Czytelników zwracało uwagę, że odnośnik do pierwszej części byłby wskazany. Pojawiła się nawet prośba o słownik dla niektórych "branżowych" wyrażeń czy nazw sprzętu. Jeśli Wydawca będzie robił dodruk, poproszę, by umieścił w książce takie ułatwienia.


Prowincjałka:

Ciekawe, że przed premierą części trzeciej - "Wyzwolona" - wydawca zdecydował się na wznowienie właśnie "Przebudzonej", a nie nieskazitelnej "Porwanej".

Przy okazji: tytuły trylogii układają się w bardzo jednolicie brzmiący ciąg: Porwana - Przebudzona - Wyzwolona.

Czy Twoje powieści nie są "kryminałami kobiecymi"? Czy masz rozeznanie, jacy czytelnicy przeważają: panie czy panowie?


Róża Lewanowicz:

Poprawka - wznowiono/dodrukowano Porwaną, czyli pierwszą część. Stanowi to niestety problem, bo na półkach, obok siebie, stoją pierwsza z trzecią częścią i w dodatku nie są ponumerowane. Czytelnicy zgłaszają problemy z rozróżnieniem, która jest która. Dodatkową trudność stanowi fakt, że Przebudzonej też już brakuje na rynku i jest ją coraz trudnej kupić. Idealną sytuacją byłoby wypuszczenie "trzy-booka", zwłaszcza przed zbliżającymi się Świętami. Niestety, wydawnictwo nie wysiliło się na taki zabieg marketingowy.

Jeśli chodzi o tytuły, jedynie ostatni nieco przypadł mi do gustu. Szczerze powiedziawszy, nie miałam żadnego wpływu ani na tytuły, ani na projekt okładki.

Gdyby kwestię płci Czytelników rozpatrywać, biorąc pod uwagę odzew, to są wśród nich głównie kobiety. Dostaję wiele pozytywnych sygnałów dotyczących głównej bohaterki, która właśnie paniom bardzo się spodobała.


Prowincjałka:

"Poprawka - wznowiono/dodrukowano Porwaną, czyli pierwszą część." - Przepraszam za błąd. Zaraz poprawię w notce.

"Gdyby kwestię płci Czytelników rozpatrywać, biorąc pod uwagę odzew, to są wśród nich głównie kobiety. Dostaję wiele pozytywnych sygnałów dotyczących głównej bohaterki, która właśnie paniom bardzo się spodobała." - Właśnie. Napisałaś wcześniej, że nie widzisz siebie w roli autorki romansów. A jednak Twoja trylogia jest rodzajem "romansu małżeńskiego na kryminalnym tle", ewentualnie "kryminału z elementami ewoluującego małżeńskiego romansu".

Wspomniałaś o swoich pierwszych trzech książkach (tych opublikowanych) jako o zamkniętym "trzy-booku", "trylogii" albo jako o materiale na "trzy-sezonowy serial". Czy to oznacza, że czytelnicy powinni już zacząć żegnać się z Justyną?...


Róża Lewanowicz:

"Małżeński romans" - bardzo mi się podoba :) To chyba jedyny rodzaj romansidła, jaki jestem w stanie popełnić.

Dalszych części przygód Justyny nie będzie. Jednakże niektóre z postaci pojawią się w powieściach, które są zaplanowane (a nawet już zaczęte). O samej Justynie będą jedynie wzmianki.


Prowincjałka:

„Dalszych części przygód Justyny nie będzie. Jednakże niektóre z postaci pojawią się w powieściach, które są zaplanowane (a nawet już zaczęte). O samej Justynie będą jedynie wzmianki.” - Szkoda, ale - c'est la vie.

Czy w swoich nowych powieściach wykorzystasz doświadczenia z całkiem nowego środowiska pracy? Nie jest to już wojsko, ale jednak nadal dość specyficzna – armia. Może w horrorze?

I jeszcze, zanim zadam ostatnie pytanie (które znasz, i do którego pewnie się zbliżamy): czy jest jakieś pytanie, którego się spodziewałaś z mojej strony, a które nie padło?


Róża Lewanowicz:

Oczywiście, że wykorzystam swoje nowe doświadczenia. Są po prostu unikatowe i szkoda by było je zmarnować.

Muszę przyznać, że raczej padły pytania, których się nie spodziewałam, zwłaszcza pytanie "tytułowe". Bardzo się z tego cieszę.


Prowincjałka:

W takim razie pytanie ostatnie, które nurtuje mnie od dawna, na równi z "tytułowym". Chodzi o postać Prezesa Fornalskiego:

„Brzeziński obserwował całe zbiegowisko z wysokości swojego gabinetu, czekając cierpliwie, aż pod jego drzwiami zjawi się delegacja gości. Prezes Fornalski nie spieszył się zbytnio, pokonanie długich korytarzy było zbyt wielkim wyzwaniem dla jego krótkich nóg, bo premier czekał dłużej niż mógł przypuszczać. W końcu drzwi otworzyły się i do środka wszedł sam zaproszony wraz ze swym przybocznym. Nie podali sobie rąk. Fornalski kwestie zdrajców i szpiegów traktował zawsze bardzo poważnie, tak bardzo, że bał się skalać swoją osobę ich trującym wpływem.” (Przebudzona, s. 271)

Czy postać Fornalskiego (w powieści jest to prezes opozycyjnej partii i były premier) wzorowałaś na rzeczywistej osobie? Czy to jest on? Czy też wzmianka o jakimkolwiek prezesie musi się kojarzyć z jednym?


Róża Lewanowicz:

No właśnie - czy Prezes jest tylko jeden? Czy może w teatrze zdarzeń wokół nas jest miejsce jeszcze dla innych prezesów? Prezes z moich książek jest jedyny w swoim rodzaju i jest wyposażony w indywidualny zestaw cech: swoich własnych, powieściowych. Nigdy nie poznałam żadnego prezesa partii (stety-nie-stety), a czy ten konkretny jest podobny do któregokolwiek z realnych polityków? Czytelnicy mają szansę ocenić to po przeczytaniu trzeciego tomu: "Wyzwolona". Poświęciłam tam Fornalskiemu nieco więcej miejsca.


Prowincjałka:

Dziękuję. Za rozmowę. I za książki. Już wiem: umiesz zabić, ale nie zabijasz; umiesz pisać, i piszesz! Powodzenia na tej drugiej niwie!


Róża Lewanowicz:

A ja dziękuję za pomysł na wywiad "na żywo", Twoje zaangażowanie i wsparcie. Pozdrawiam Czytelników obecnych i przyszłych! Miłego nadchodzącego tygodnia.


04.12.2016



.